Born To Die - Lana Del Rey

Born To Die Lana Del Rey


Premiera: 27 stycznia 2012
Premiera w Polsce: 27 stycznia 2012

Gatunek: Rock / Pop / Alternatywa

Wydawca: Interscope Records
Dystrybutor: Universal Music Polska 
CD

Recenzja - Lana Del Rey "Born To Die"

Przyznaję bez bicia - pokochałem ją za dwa single, którymi kilka miesięcy przed premierą debiutu podbiła internet. I za usta. Wtedy wydawało mi się, że naturalne.

Wszystkiemu winien Jamie Woon, który pomógł Lanie Del Rey remiksem "Video Games", nagranym pod koniec zeszłego roku i na cztery miesiące przed premierą debiutanckiej płyty młodej Amerykanki. To on mnie nią zaraził. Dwa pierwsze single (drugi to "Blue Jeans"), do tego przyciągające wzrok teledyski i wreszcie sama Lana - kusząca dziewczęcym spojrzeniem i wydatnymi ustami. Trudno było się jej oprzeć, ciężko było nie czekać na płytę.

Ale debiut wywołuje mieszane uczucia. Pal licho, że żadna z niej debiutantka (nagrywała już pod własnym nazwiskiem, współpracowała ze znajomym Reginy Spektor i The Strokes), że w karierze pomagają jej pieniądze bogatego ojca, a cała jej retro-otoczka to sprawnie wymyślona stylizacja. No i puśćmy też w niepamięć, że usta ma stuningowane, skupmy się na muzyce. Tu w zasadzie nie ma zaskoczeń, na płycie Del Rey podtrzymuje dalej klimat swoich pierwszych singli. Ale - co przyznaję z nieskrywanym bólem i rozczarowaniem - album nie robi już na mnie takiego wrażenia jak pierwsze zetknięcie z Laną. Być może zbyt wiele po niej (i po krążku) oczekiwałem, być może jednak stylistyka, która w dwóch singlach zarażała, w dłuższej wersji się u niej nie sprawdza, ale trwające ponad 50 minut "Born To Die" wydaje się być jednak przesadzone. I momentami przewidywalne do bólu. Za dużo tu smutku i depresyjnych klimatów (taka ładna dziewczyna, a przez większą część płyty zawodzi jak wdowa - "Dark Paradise" i "Somertime Sadness" od pierwszego przesłuchania omijam z daleka), zdecydowanie za mało prześwitu (więcej takich piosenek jak "Radio" i "Off The Races" i można by jej słuchać nawet latem).

Jeśli Lana Del Rey chce być na scenie popu tym samym, czym White Lies stali się dla rocka, to jest na świetnej drodze. Warto jednak, by ktoś jej doradził, że dla dziewczyny w tym wieku są naprawdę lepsze opcje.

autor: Tomek Doksa

Recenzja - Lana Del Rey "Born To Die"

Tak się jakoś złożyło, że jestem kobietą. Niniejszym, zmysłowe usta Lany Del Rey kompletnie mnie nie ruszają. Muszę natomiast przyznać, że dziewczę skutecznie przykuło uwagę, także moją.

Puste, nieco tęskne spojrzenie i wydatne usta. Jedwabiste włosy, szorty, długie nogi, poza naburmuszonej lolitki. Do tego retro-stylizacja i wymyślny pseudonim (połączenie aktorki złotej ery Hollywoodu - Lany Turner oraz samochodu - Forda Del Rey). Wygląd i interesująca otoczka to już połowa sukcesu. Do tego snujące się, melancholijne dźwięki. Rozleniwiony, przesycony kobiecością głos (niemal można sobie wyobrazić Lanę przeciągającą się na łóżku w koronkowej bieliźnie i śpiewającą o miłości). Przyjemny klimat, nieco filmowy (porównania z Davidem Lynchem to jednak przesada), ładne, spokojne melodie. Lana może, a nawet musi się podobać, ale za żadne skarby nie sposób jej uwierzyć. Wszystko co jej dotyczy wydaje się sztuczne, wymyślone, drobiazgowo, ale jednak dopracowane.

Jeśli więc oceniać "Born To Die" jako efekt pracy speców od marketingu, którzy postanowili z bogatej dziewczynki zrobić gwiazdę - brawo, brawo, brawo! Jeśli natomiast chcemy znaleźć na płycie coś więcej niż zgrabne, "przydymione" piosenki, to biada nam. Smutno-erotyczne śpiewy Del Rey z czasem zaczynają nużyć. Podobnie jak same utwory, które w zasadzie stanowią wariację "Video Games" czy "Born To Die". Czasem pojawia się więcej smyków, więcej organicznych brzmień, czasem prym wiodą subtelne elektroniczne bity ("Off to the Races"), są też epickie zapędy ("Dark Paradise"), odrobina mroku ("Carmen"). Gdzieś tam błyśnie miauczący chórek albo powłóczysto-bluesowy motyw ("Million Dollar Man", gdzie Lana brzmi jak bardziej seksowna Sheryl Crowe)

Nie takie kity show-biznes nam wciskał (pamiętacie Milli Vanilli?). Nie mam więc żadnego problemu z tym, że ktoś próbuje mi wmówić, że Lana jest wyjątkową artystką. Ja wiem swoje. Ponieważ i tak jesteśmy skazani na rozmaite muzyczne półprodukty, cieszę się, że przyszedł czas na kogoś takiego jak Lana Del Rey. Piosenki są naprawdę przyjemne i wyjątkowo nieszkodliwe, a puszczone w tle mogą nawet uprzyjemnić kilka wieczorów. Bardzo udana... konfekcja.

autor: Anna Szymla

Born To Die: E-Recenzje

Tracklista

# Tytuł Czas
1 Born to Die 4:45
2 Off to the Races 5:02
3 Blue Jeans 3:31
4 Video Games 4:42
5 Diet Mountain Dew 3:43
6 National Anthem 3:51
7 Dark Paradise 4:03
8 Radio 3:35
9 Carmen 4:09
10 Million Dollar Man 3:50
11 Summertime Sadness 4:25
12 This Is What Makes Us Girls 3:59

Artyści wystepujący na albumie "Born To Die"

Lana Del Rey wokal,muzyka
Justin Parker producent,muzyka
Rick Nowels producent,gitara
Jeff Bhasker producent,gitara
Chris Braide producent,gitara,fortepian
Emile Haynie perkusja,instrumenty klawiszowe,muzyka
Patrik Berger producent,gitara,gitara basowa,muzyka
Robopop producent

Teledyski z płyty "Born To Die"

Born To Die
Born To Die Lana Del Rey
Born To Die
Born To Die
Blue Jeans Lana Del Rey
Born To Die
Born To Die
Video Games Lana Del Rey
Born To Die
Piszesz recenzję dla: Born To Die


Przepisz tekst z obrazka:


* pola obowiązkowe


Dodaj komentarz do płyty "Born To Die"

Autor:
Komentarz:

Przepisz tekst z obrazka: