Journal For Plague Lovers - Manic Street Preachers

Journal For Plague Lovers Manic Street Preachers

#88697520582

Premiera: 18 maja 2009
Premiera w Polsce: 18 maja 2009

Gatunek: Rock / Alternatywa
Styl: rock alternatywny

Wydawca: Columbia
Dystrybutor: Sony Music 
CD

Recenzja - Manic Street Preachers "Journal For Plague Lovers"

"My love alone is not enough, not enough, not enough". Parafrazując refren przeboju z poprzedniej płyty, moja miłość do Manic Street Preachers nie wystarczy, by zachwycić się ich muzyką. Na szczęście panowie zadbali, by na najnowszym albumie było się czym zachwycać.

Po totalnej porażce, jaką był longplay "Lifeblood" ukazał się przebojowy "Send Away the Tigers", teraz natomiast przeszedł czas na bardziej wymagający, ale znakomity "Journal for Plague Lovers". To nie jest materiał z kawałkami na listy przebojów, to nie płyta do wyławiania hitów, choć zgrabnych numerów tu nie brakuje ("Jackie Collins Existential Question Time", "Mrlon J.D"). Dostajemy za to spójny, ostry i zawadiacki zestaw z punkową zadziornością i garażowym brudem. Tak jak zapowiedzieli, to powrót do czasów "The Holy Bible". Krótkie treściwe, naładowane energią utwory, bezpośrednie jak cios prosto w twarz.

Kiedy tylko dowiedziałam się, że nad brzmieniem czuwał Steve Albini, wiedziałam, że wyjdzie z tego coś dobrego. Wyobrażałam sobie nieco przybrudzone, jazgotliwe gitary, na których tle wydzierać będzie się James Dean Bradfield. I tak dokładnie jest. Swoją drogą głos Bradfielda powinien być skarbem narodowym Walii. Nie jakaś tam błagająca o litość Duffy. Facet ma 40 lat a jago wokal wciąż jest krystaliczny i pełen emocji. Nadal potrafi wrzeszczeć jak rozgniewany nastolatek, by za chwilę ukoić delikatnym śpiewem. Zresztą jego grze na gitarze też nie można nic zarzucić. "Journal for Plague Lovers" przepełniona jest wściekłymi, metalicznymi zagrywkami. Sean Moore za bębnami i Nicky Wire na basie też świetnie wywiązują się ze swych obowiązków. Pierwszy łoi jak oszalały, drugi potrafi zaskoczyć nerwowym drganiem godnym Petera Hooka z New Order.

Gdybym miała się czegoś doczepić to spokojnych piosenek. Nie są szczególnie urodziwe i palec na pilocie mimowolnie naciska "skip", by znów można było cieszyć się hałasem. A jest się czym cieszyć.

P.S. W listopadzie 2008 roku gitarzysta MSP, Richey Edwards, został oficjalnie uznany za zmarłego. Na "Journal for Plague Lovers" zespół postanowił wykorzystać teksty, które po sobie pozostawił. Słychać, że ta płyta to dla pozostałych trzech muzyków Manic Street Preachers zamknięcie pewnego rozdziału, pogodzenie się ze stratą, katharsis.

autor: Anna Szymla

Recenzja - Manic Street Preachers "Journal For Plague Lovers"

Richey Edwards, gdziekolwiek jest, na pewno jest dumny ze swoich kolegów. James, Nicky i Sean, wsparci producenckim talentem Steve'a Albiniego, znakomicie zilustrowali dźwiękami teksty muzyka, zaginionego kilkanaście lat temu w tajemniczych okolicznościach.

Po świetnej płycie "Send Away The Tigers" Manics poszli w nieco innym kierunku i stworzyli materiał bardziej surowy, szorstki, brzmiący jak nagrany "na setkę" w sali prób czy w studiu, jakby cofnęli się w czasie do pierwszej połowy lat 90. Steve Albini zęby zjadł na produkowaniu rzężących gitar i dudniącej głośno sekcji, nie dziwi więc, że całość wypada jak należy - rockowo, punkowo, garażowo, chwilami lirycznie. Są tu zapadające w uszy melodie (choćby "Jackie Collins Existential Question Time"), aczkolwiek nie tak słodkie i przebojowe, jak "Your Love Alone Is Not Enough". Sporo mamy dynamicznych rockowych numerów z dość mocno przesterowanymi (momentami sprzęgającymi) gitarami, wycinającymi kapitalne riffy, przy których aż się chcę szaleć. "All Is Vanity" czy "Pretension/Repulsion" powinny obowiązkowo trafić do koncertowej setlisty Walijczyków. Jest i parę chwil wytchnienia, nieprzesłodzonych, w których prym wiodą gitara akustyczna, fortepian, smyczki czy harfa (np. "Facing Page: Top Left").

Jeśli wierzyć opowieściom muzyków Manics, Richey przekazał Nicky'emu Wire'owi notatnik z tekstami, bon motami, rysunkami i haiku na kilka dni przed swoim zaginięciem. Czytając teksty z "Journal For Plague Lovers" da się wyczuć, że muzyk daleki był od stanu szczęśliwości, a "William's Last Words" interpretowany bywa wręcz jako list samobójcy, zapewne ze względu na słowa: "Jestem naprawdę zmęczony, chciałbym już zasnąć i obudzić się szczęśliwy". Czy w ten sposób Richey faktycznie żegnał się ze światem? Czy to jego testament? Tego chyba się nie dowiemy. Na pewno dziedzictwo artystyczne muzyka jego koledzy wykorzystali godnie, przypominając przy okazji, że zaginiony przyjaciel przyczynił się do tego, iż Manics zawędrowali aż tak daleko.

Niby to tylko prosty rock, krótkie piosenki na głos, gitarę, bas i perkusję. Walijczycy jednak umieją je pisać tak, że od razu wiemy z kim mamy do czynienia. Nic nikomu nie muszą udowadniać. Co najwyżej samym sobie. Te dowody trafiają i do mnie. Czekam na kolejne.

autor: Lesław Dutkowski

Journal For Plague Lovers: E-Recenzje

Tracklista

# Tytuł Czas
1 Peeled Apples 3:33
2 Jackie Collins Existential Question Time 2:24
3 Me and Stephen Hawking 2:46
4 This Joke Sport Severed 3:04
5 Journal for Plague Lovers 3:45
6 She Bathed Herself in a Bath of Bleach 2:18
7 Facing Page: Top Left 2:40
8 Marlon J.D 2:50
9 Doors Closing Slowly 2:52
10 All Is Vanity 3:35
11 Pretension/Repulsion 2:05
12 Virginia State Epileptic Colony 3:25
13 William's Last Words 4:15
14 Bag Lady (hidden track) 3:05

Artyści wystepujący na albumie "Journal For Plague Lovers"

Nicky Wire gitara basowa

Teledyski z płyty "Journal For Plague Lovers"

Brak teledysków z tej płyty
Piszesz recenzję dla: Journal For Plague Lovers


Przepisz tekst z obrazka:


* pola obowiązkowe


Dodaj komentarz do płyty "Journal For Plague Lovers"

Autor:
Komentarz:

Przepisz tekst z obrazka: