menu

Seal



Miejsce: Wrocław, Hala Stulecia
Data: 18.11.2012
rozpoczęcie imprezy: 19:00
Bilety: 180 zł, 250 zł, 350 zł, sprzedaż: Bilet.pl, ticketpro.pl lub eventim.pl
 

RELACJA

Seal to istny wulkan energii i showman, który doskonale wie jak radzić sobie z kilkutysięczną publiką, ze wskazaniem na jej żeńską część. No cóż, w sumie nie powinno to nikogo dziwić, byle kto nie byłby przecież w stanie zdobyć serca Heidi Klum…



O tym, że nie będzie to zwykły koncert brytyjski wokalista przekonał już podczas drugiej piosenki wieczoru ("Killer"). Artysta zszedł ze sceny i w połowie sali, pośrodku tłumu, wykonał cały utwór. Dodać trzeba - bez żadnych ochroniarzy. Jak na gwiazdę pełną gębą (20 milionów płyt i kilka nagród Grammy) - rzecz dosyć niesłychana i szacun z pewnością się należy.

Jak na czołowego amanta show-biznesu przystało, Seal cały set flirtował z przedstawicielkami płci pięknej zgromadzonymi pod sceną (na których z pewnością wrażenie robiła jego muskulatura prześwitująca spod skąpego ubioru). Najgoręcej zrobiło się w trakcie "Kiss From A Rose", gdy artysta wciągnął na scenę jedną z nich i nie wypuścił z ramion aż do ostatnich taktów kawałka. Następnie ogłosił, że znika z dziewczyną za kulisami i życzy wszystkim dobranoc. Żartowniś. Zdaję sobie sprawę, że koleś robi takie numery na każdym koncercie, ale tak czy siak, przyjemnie ubarwia to widowisko.

Atmosfera była więc gorąca od początku, publiczność która poderwała się z krzeseł podczas pierwszych numerów, więcej z nich już nie skorzystała. Zresztą, o tym, że ustawianie krzeseł na występ Seala jest poronionym pomysłem, wspomniał sam wokalista.

- Kompletna strata pieniędzy - skomentował. Poza największymi przebojami Seal zaprezentował też utwory z najnowszego albumu, wypełnionego soulowymi coverami "Soul 2", z singlowym "Let's Stay Together", które na wieki będzie mi się kojarzyło z "Pulp Fiction". Ciężko się przyczepić do wykonania utworów, plus należy się także za oprawę wizualną, która ładnie współgrała z całością.

Bez dwóch zdań, obcowanie z Sealem sprawia sporą przyjemność. Szczególnie sprawdza się w chłodne, jesienne wieczory.

Tomasz Jarka

Ze wszystkich koncertowych wydarzeń zeszłego roku najprzyjemniej wspominam wrocławski występ Seala. Choć nie należę do grona zagorzałych fanek Brytyjczyka, trzeba powiedzieć, że było na czym zawiesić obiektyw: nie tylko dlatego, że Seal z dumą prezentował swoją muskulaturę, ale przede wszystkim przez to, że nie ustanie kokietował i zaczepiał żeńską część publiczności. Atmosfera była więc podgrzana do czerwoności od samego początku: strój wokalisty, jego ruchy i te powłóczyste spojrzenia w kierunku fanek! Kulminacyjnym fragmentem z pewnością był ten, gdy w objęciach dziewczyny wybranej z tłumu odśpiewał jeden z największych swoich przebojów "Kiss From A Rose". W takich momentach ciężko nie dać się porwać emocjom - a wtedy robienie zdjęć to czysta przyjemność.

Paulina Bakuła



Dodaj komentarz

Przepisz tekst z obrazka