menu

Jennifer Lopez



Miejsce: Gdańsk, PGE Arena
Data: 27.09.2012
Bilety: 99 do 699 zł
 

RELACJA

Jak nakłonić tysiące kobiet, by wybrały się na stadion? Proste - zaprosić Jennifer Lopez.



Zapadał zmrok, przygasły światła, scenę spowiły kłęby dymu, a na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy i stała się... magia. No nie, bez przesady. Żadnej magii, żadnego misterium, spektaklu. Po prostu. Fajny, popowy koncert.

Jennifer Lopez zna swe atuty. Wie, że świetnie wygląda, szczególnie w połyskujących strojach i z rozwianymi włosami. Do tego fajnie się rusza. I to przede wszystkim wykorzystuje na scenie. Przebiera się, czasem posługuje rekwizytami (ring), umie zrobić użytek ze świateł, laserów, wodospadów sztucznych ogni. Biega, tańczy, kręci biodrami i uśmiecha się promiennie. A co ze śpiewaniem? Cóż, szału nie ma, ale i Amerykanka nie udaje, że jest wybitną wokalistką i raczej dośpiewuje piosenki niż śpiewa, co jednak zupełnie nie przeszkadza w odbiorze. Co więcej, to w sumie kolejny atut. Jest pewna niedoskonałość, która na swój sposób przybliża gwiazdę do publiczności.

Oczywiście, jej show jest dopracowany, wyreżyserowany, gdzieś jednak jest też margines spontaniczności, naturalności. I nie chodzi tylko o wokal. Mimo opowieści o wymaganiach co do garderoby, pokoju hotelowego, chociaż widać, że sztab ludzi współtworzy występ, momentami wychodzi z Jennifer Jenny from the Block. Często odzywa się do publiczności, tam podbiegnie, tu podskoczy, weźmie bukiet i z uśmiechem, acz w końcu lekko zniecierpliwiona, pozwoli pani z obsługi technicznej poprawiać sobie kabelki. Może to wszystko wystudiowane, co do jednego kroku i każdego puszczonego całusa, a jeśli tak, to Lopez jest genialną aktorką.

Tak naprawdę największym zarzutem jeśli chodzi o koncert, była jego długość. Niespełna półtorej godziny, w którą należy wliczyć przerwy na przebieranie umilane popisami tancerzy i/lub klipami puszczanymi na telebimie. Z drugiej strony, repertuaru czepiać się za bardzo nie można. Zaczęła od "Get Right", potem "Love Don't Cost a Thing", "I'm Into You", "Waiting for Tonight", następnie była sekwencja "ziomalska" - może najmniej przebojowa, ale za to fajna. Ubrana w bokserskie trampki (tak! buty nie na obcasie), czapkę i luźne spodnie (błyszczące i z diamencikami, ale to nieistotne) przypomniała, że jest "Jenny from the Block", wcześniej zaprezentowawszy miks piosenek z raperami - Ja Rule'em i LL Cool J-em (ich partie tak jak wcześniej Lil Wayne'a i później Pitbulla dodano na telebimie). Dalej m.in. "Hold It Don't Drop It", akustyczne "If You Had My Love", karnawałowe, entuzjastycznie przyjęte "Let's Get Loud", "On The Floor", które pozbawione koszmarnej produkcji znakomicie sprawdza się na koncercie i na finał "Dance Again".

Było miło, przyjemnie, ładnie. A stadion - piękny.



Dodaj komentarz

Przepisz tekst z obrazka

Komentarze

28 września 2012, 11:55

Alicja

Koncert był naprawdę fantastyczny. Tylko czemu tak mało ludzi przyszło?

28 września 2012, 11:57

EwaMewa

Mało mało, ale na mecze Lechii przychodzi jeszcze mniej.

28 września 2012, 12:01

Alina

No jakieś 15 tysięcy ludzi więcej :-)