menu

Rock In Summer 2011


Wykonawcy: Deftones | Flapjack | Kvelertak | Tides From Nebula
Miejsce: WARSZAWA, Park Sowińskiego
Data: 16.08.2011
Wstęp od: 16:00 rozpoczęcie imprezy: 17:00
Bilety: 130 złotych do końca lipca, 140 złotych od 1 sierpnia oraz 150 złotych w dniu koncertu
 

RELACJA

Długo kazali na siebie czekać, ale nam to wynagrodzili. Choć nie z nawiązką.



Grupa Deftones 16 sierpnia po raz pierwszy odwiedziła Polskę, za co zresztą wokalista Chino Moreno przeprosił ze sceny. Niestety, mimo hucznych zapowiedzi nie grali półtorej godziny, a jedynie 75 minut. Niby mało, ale nie liczy się przecież ilość, a jakość, a tu narzekać nie można.

Gdyby chcieć opisać koncert kapeli z Sacramento jednym przymiotnikiem byłoby to "intensywny". Grali bez większych przerw między kawałkami, z ogromnym zaangażowaniem, z solidnym kopem i ogromną mocą. Chociaż na płytach potrafią być liryczni, delikatni, na żywo jedynie z rzadka pozwalają sobie na chwile wyciszenia. Większość setu to piłujące riffy, dudniąca perkusja, burczący bas i wydzierający się Chino (swoją drogą, nie wiem, jak po takich wrzaskach może śpiewać kilka wieczorów w tygodniu). Jeśli ktoś myślał, że gęste, wściekłe brzmienia na albumów Amerykanów to zasługa ich skądinąd znakomitych producentów, jest w błędzie. Na scenie udowadniają, że iście piekielna siła i ciężar tkwią w nich. Gitarowy gąszcz gitary Stephena Carpentera, podbity bezlitosnym łojeniem Abe'a Cunninghama zapewniają atakującą bez namysłu dźwiękową nawałnicę.

Można narzekać, że Moreno nie jest wybitnym wokalistą, za to jest kapitalnym frontmanem. Na początku nieśmiało, zdawkowo, z czasem jednak coraz chętniej i odważniej flirtował z publicznością, pozwalając sobie nawet na wycieczkę w publikę (na rękach fanów wykrzyczał "Elite"). Bez specjalnego mizdrzenia się, raczej szczerymi (widać było promienny uśmiech na jego obliczu) podziękowaniami, drobnym dyrygowaniem i gestami zachęcającymi do skakania, zaskarbił sobie uznanie i posłuch zgromadzonych. Gdyby znudziło mu się Deftones, co mam nadzieję szybko nie nastąpi, mógłby zostać trenerem fitnessu. Nie tylko dlatego, że zrzucił sporo kilogramów i wygląda fantastycznie (tak moi mili koledzy, fantastycznie!), ale ma niespożyte pokłady energii, którą skutecznie potrafi oddawać w tłum. Pomijam ciągłe bieganie i skakanie, a także bardzo, bardzo udaną pracę bioder.

Tak jak można było mieć zastrzeżenia dotyczące nagłośnienia, głównie wokalu, tak pod względem repertuaru wszystko było jak należy. Wiadomo, przyjechali promować ostatnią płytę "Diamond Eyes", nie mogło zatem zabraknąć pochodzących z niej numerów. Otworzyli więc występ singlowymi tytułowym i "Rocket Skates", w środku setu wpletli jeszcze genialnie rozrastające się "You've Seen The Butcher" oraz piękne "Sextape", i to by było na tyle ze świeżynek. Panowie doskonale wiedzą, co mają najlepsze w dorobku i czego ludzie od nich oczekują, i to prezentują. Koncert zdominowały więc utwory z płyt "Adrenaline" i "White Pony". "Engine No. 9" i "Elite" to kawałki z w stylu "wiem, że zaraz dostanę w mordę, ale tak bardzo się z tego cieszę", a na żywo ten cios rozkłada na łopatki i pozostawia z wyrazem błogiego rozanielenia na twarzy. Przy "Change (In the House of Flies)" zespół mógł liczyć na chóralne wsparcie fanów, podobnie jak przy "Passenger". Był to mój czwarty koncert Deftoenes, ale dopiero teraz dane było mi usłyszeć "Passenger". Znam takich, którzy widzieli wersję live wykonaną po bożemu, z pomocą Maynarda Jamesa Keenana, ale i bez kolegi z Toola, ten numer po porostu zachwyca i miażdży. Z "Around The Fur" muzycy polecieli "hiciorami", było więc "Be Quiet And Drive (Far Away)" i obowiązkowe wręcz "My Own Summer (Shove It)". Z Deftones" usłyszeliśmy natomiast dedykowaną Chi Chengowi "Minervę". Najbardziej podobał mi się jednak bis. Nie dlatego, że wybrane na finał piosenki są moimi faworytami, ale dlatego, że zamiast - jak to jest powszechnie przyjęte - tak ułożyć koncert, by pod koniec sięgnąć po "przeboje", których refreny ludzie mogliby sobie na dobranoc zaśpiewać/wykrzyczeć, Deftones postawili na najbardziej agresywne numery, jakimi dysponują. "Root" i "7 Words" nie pozostawiły wątpliwości, że to kapitalny zespół koncertowy. Gdyby grali obiecane półtorej godziny może jeszcze "Knife Party" by się pojawiło czy "Lotion", ale i tak nie ma co marudzić.

Deftones gra muzykę, przy której można skakać i wrzeszczeć, przytulać się i całować, wymachiwać pięściami i płakać. Na żywo wszystkie te buzujące w ich utworach emocje zyskują iście pierwotnej mocy i niesłychanej intensywności. Miejmy nadzieję, że na kolejny, dłuższy koncert nie każą tyle lat czekać.

W roli supportów zaprezentowały się polskie formacje Tides From Nebula i Flapjack oraz Norwegowie z Kvelertak.

Bianka Grolik



Dodaj komentarz

Przepisz tekst z obrazka

Komentarze

7 sierpnia 2017, 22:12

Billyfen

wh0cd973669 glucotrol xl tretinoin Amitriptyline HCL