menu

Impact Fest 2013


Wykonawcy: 30 Seconds To Mars | Airbourne | Asking Alexandria | Behemoth | Ghost | IAMX | Korn | Love and Death | Mastodon | Negramaro | Newsted | Noko | Paramore | Rammstein | Slayer | Stereophonics
Miejsce: WARSZAWA, Lotnisko Bemowo
Data: 04-05.06.2013
Bilety: jednodniowe: 209 zł - płyta, 385 zł - trybuny, 385 zł - płyta (early entrance), 880 zł - VIP; karnert: karnet: 330 zł - płyta i osoby niepełnosprawne, 583 zł - trybuny, 583 zł - płyta (early entrance), 1350 zł - VIP; sprzedaż: LiveNation.pl
 

RELACJA

Kolejny Impact Festival dobiegł końca. Aura nie rozpieszczała, za to doznania muzyczne rekompensowały przemoknięte ubrania.



Wtorek, 4 czerwca: Tomasz Jarka

Pierwszy dzień rosnącego w siłę Impact Festivalu upłynął pod znakiem ciężkiego grania. Zdaję sobie sprawę, że spora część z tych zespołów miała u nas okazję wystąpić już kilkakrotnie, jednak możliwość zobaczenia tak wielu doskonałych artystów w jednym miejscu za naprawdę przystępną cenę była chyba prawdziwą gratką dla fanów tego typu dźwięków. Za line-up należą się więc organizatorom brawa. Szkoda tylko, że czerwiec w tym roku jest wyjątkowo figlarny. Ale po kolei.

Na pierwszy ogień poszedł Love & Death, czyli nowy projekt Briana Welcha, kiedyś, a także od niedawna znowu, gitarzysty Korna. Debiutancki, wydany na początku roku longplay grupy, "Between Here & Lost", może nie był pozycją szczególnie nowatorską, fajnie jednak, że znowu ciągnie chłopa do ostrego grania. Trzeba powiedzieć, że "Head" całkiem sprawnie radzi sobie w roli frontmana (na scenie nawet nie tyka gitary) - zarówno wokalnie, jak i pod względem robienia zamieszania. Z pewnością niektórych mógł dziwić wiek towarzyszących mu muzyków - pryszczaty gitarzysta to jeszcze nastolatek. Dał chłopak jednak radę, wsparł też całkiem sprawnie wokalnie lidera. Frekwencja o tej porze była jeszcze niska, nagłośnienie także nie należało do najlepszych, występ ten można było jednak bardziej traktować w ramach ciekawostki i przystawki przed kolejnymi daniami.

Jeszcze podczas występu "Heada" aura robiła się mocno nieciekawa, ale to, co nastąpiło podczas występu Mastodon, to prawdziwy armagedon. To nie był wiosenny ciepły kapuśniaczek, który delikatnie ostudził atmosferę, to było bomardowanie kroplami o średnicy piłeczek do golfa. Kontynuowanie występu w takich okolicznościach okazało się niemożliwe, Amerykanie zwinęli się więc po kilkunastu minutach. Mimo, że dookoła słychać było głównie "ratuj się, kto może", licząc na choćby minimalne przejaśnienie, udałem się pod drugą scenę, gdzie za kilka chwil zaprezentować się miał zły papież i jego Ghost. Szwedzi muszą chyba mieć naprawdę wtyki u rogatego, bo tuż przed ich występem przestało lać. Oczywiście do tego momentu, stopień zawilgocenia ubrania mojego, jak i zgromadzonych całkiem licznie fanów osiągnęło sto procent, jednak możliwość chóralnego odśpiewania "Year Zero" z wersem "Hell Satan!" z Papą Emeritusem II wynagrodziła to z nawiązką. Panowie zaprezentowali wszystko to, co najlepsze ze swoich dwóch albumów i z pewnością nie zawiedli. Wiadomo, że 45 minutowy set to nie pełny koncert, ale festiwale rządzą się własnymi prawami. Tego typu show znacznie lepiej oglądałoby się też po zmroku, mam jednak cichą nadzieję, że zachęceni dobrą atmosferą artyści przyjadą do nas z klubowym koncertem.

O występie reprezentanta polski, Behemotha mogę powiedzieć głównie tyle, że się odbył, gdyż czas ten musiałem przeznaczyć przede wszystkim na próby wyciskania hektolitrów wody z odzieży. Było jednak prawie wszystko to, czego należy oczekiwać od naszej eksportowej gwiazdy: moc (zaczęli od potężnego "Ov Fire and the Void", a skończyli na "Lucyferze" - obydwa z ostatniej płyty, zaprezentowali jednak także starsze rzeczy, m.in. "Demigod" czy "Decade of Therion"), słupy ognia, jak i płonące krzyże. Prawie, bo zabrakło perkusisty Zbigniewa "Inferno" Promińskiego, który musiał poddać się leczeniu.

Gdy ciuchy zmieniły stan ze strasznie mokrych na wyjątkowo wilgotne na scenie z prawdziwą ścianą wzmacniaczy rozstawił się australijski Airbourne. Niestety, w trakcie ich energetycznego setu ulewa znowu rozpętała się na dobre. Niżej podpisany, jak i spora część publiki dał więc za wygraną i schronił się pod parasolami ogródków piwnych (ktoś nawet zaproponował, aby spróbować przenieść je pod scenę, no ale cóż, nie dały się ruszyć z miejsca). Zespół, jak i pozostali pod sceną fani, wydawali się z oddali jednak na kompletnie niewzruszonych, można więc i tak. To w końcu rock and roll.

Lać przestało tuż po tym, gdy z głównej sceny rozbrzmiały pierwsze takty "World Painted Blood" Slayera. Tom Araya nie omieszkał podziękować tym, którzy przyszli w tak "szczególnie piękny" dzień, by ich zobaczyć. Do końca występu nie spadła praktycznie żadna kropla deszczu, sam koncert trudno jednak ocenić wyżej niż po prostu poprawny. Jak na "zabójcę" brzmienie było raczej mało zabójcze, osobną sprawą jest to, że oczekiwałem, iż będzie miał on w mniejszym lub większym stopniu okolicznościowy charakter. Był to przecież pierwszy koncert od śmierci gitarzysty Jeffa Hannemana, frontman jedynie na koniec powiedział do fanów, że ma nadzieję, iż będą pamiętać muzyka. O roszadach na stanowisku perkusisty nie padło natomiast nawet jedno słowo. Taki zwykły koncert, jak gdyby nic większego się w ostatnich tygodniach nie stało. Panowie doszli pewnie do wniosku, że muzyka wystarczy za komentarz. Setlista była wyważona, nie zabrakło klasyków, z "Angel Of Death" i "Seasons in the Abyss" na czele, pojawiły się jednak też rzeczy nowsze, jak "Hate Worldwide" czy "Disciple".

Na pewno wyjątkowy charakter miał występ Korna. Kapela niedawno zjednoczyła się z "Headem" (tak, artysta wystąpił tego dnia dwukrotnie), dla wielu była więc to okazja zobaczenia zespołu w prawie oryginalnym składzie. W powietrzu czuć było, że muzykom znowu sprawia ogromną frajdę wspólne muzykowanie. O wyjątkowy charakter zadbała także publiczność. Nie tylko dlatego, że od momentu kiedy perkusista Ray Luzier zaintonował zagrane na początek "Blind" bardzo żywiołowo reagowała na muzykę Kalifornijczyków, ale także za sprawą przygotowanej przez nich ogromnej flagi Polski z logiem Korna, która przykryła na jeden utwór kilka pierwszych rzędów. Wokalista Jonathan Davis zresztą za ten gest pod koniec występu ładnie podziękował.

Fajnie, że obok żelaznego repertuaru Korna, pokroju "Freak on a Leash" czy Falling Away from Me", muzycy wraz z Welchem sięgnęli też po utwory z płyt, powstałych już bez niego. Poleciało więc m.in. "Get Up!" czy "Coming Undone". Jakieś minusy? Bas Fieldy'ego trochę zbyt wysunięty był do przodu, co odbyło się kosztem gitar, ale tak czy siak, koncert należy zaliczyć do bardzo udanych.

Główną gwiazdą wtorku był niemiecki Rammstein. Od razu powiem, że nie miałem okazji wcześniej widzieć bandu w akcji, oglądałem jednak wielokrotnie zapisy wideo ich sztuk. Wiedziałem więc czego mogę się po nich spodziewać, jednak to co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Praktycznie dokładnie rok temu w tym samym miejscu występowała Metallica, i to co wtedy zaprezentowała, nadawałoby się na co najwyżej porządny support Niemców. To show w pełnym tego słowa znaczeniu, o ogromnym rozmachu, przygotowane w najdrobniejszych detalach i show, jakiego we współczesnym metalu nie robi po prostu nikt. Ruchome światła przypominające reflektory przeciwlotnicze, fajerwerki, iskry, śpiewanie do podpalonych mikrofonów, miotacze ognia. Mało? No to może spodoba wam się gotowanie na pełnym ogniu w ogromnym kotle klawiszowca?

Do tego wszystkiego idealnie pasuje twarda i męska muzyka Rammsteina, która w konfrontacji na żywo po prostu zabija swoją potęga. Można ich nie lubić, ale trzeba przyznać, że robią piorunujące wrażenie. Headliner drugiego dnia imprezy, Jared Leto i jego 30 Seconds to Mars mają marne szanse na przyćmienie tego widowiska.

Można było narzekać na zbyt mało liczbę toalet, można i nawet trzeba na horrendalne ceny jedzenia (25 zł za głupi szaszłyk to już chyba przesada) czy na wyjątkowo dającą się we znaki pogodę. Pomimo tego, trudno nie zaliczyć imprezy do udanych, bo było to prawdziwe muzyczne święto dla fanów ciężkiego brzmienia. Ja już odliczam do kolejnej edycji.

Środa, 5 czerwca: Rafał Grodek

Drugi dzień Impact Festival zapowiadał się lepiej pod względem pogodowym (więcej słońca, mniej deszczu), niż muzycznym. Pomiędzy mieszanką słabiutkich wykonawców dla nastolatków (IMAX, Paramore, 30 Seconds To Mars), starsi słuchacze mogli znaleźć dla siebie niespełna dwie i półgodziny porządnego metalowego i rockowego grania. Na scenie Eventimu tego dnia wystąpiły bowiem dwie legendy.

Pierwszą z nich był Jason Newsted, który ponad dziesięć lat wstecz pożegnał się z Metallicą. Byłem bardzo ciekawy, jak wypadnie na małej scence, przed którą tylko pierwszy rząd był oblegany przez młodzież spragnioną muzyki. Co starsi, jak ja, z nie wielkiego dystansu zaspokajali swoją ciekawość podczas tego trwającego niewiele ponad godzinę występu. Z biegiem czasu publiczność zagęszczała się, więc nie wypadliśmy aż tak źle.... Nie miało to jednak znaczenia dla artysty, który owinął sobie zgromadzonych wokół palca. Do dziś jestem pod ogromnym wrażeniem one-man-show, który pomiędzy utworami wplatał swoje "Cesc Warsawa" czy "Dziekuja". Największy jednak talent do uczenia się nowych języków Jason zdradził, powtarzając za tłumem słowo "rodzina". "How do you say family? - "Łrodziyna"?? It's good to be metal "łrodziyna"! I śmiesznie i fajno, a zarazem wielki szacun dla Newstada, bo komu by się chciało uczyć i powtarzać?! Wracając do muzyki, Jason śmigał po scenie z prawa do lewa jak podczas treningu na wytrzymałość. Większość jego występu wypełniły kompozycje mające ukazać się na zapowiadanej na sierpień płycie, a opublikowane na EP-ce pod niepokomplikowanym tytułem "Metal". Przez większość jego występu zastanawiałem się, czy nie jest mu żal tych wszystkich lat poza Metallicą? Przecież mógł być na samym szczycie, bo wyżej już się nie da! A jednak swoją decyzją spadł na sam dół... i teraz próbuje się podnieść. Z drugiej strony Newsted nie musi już nic udowadniać. Tworzy muzykę właściwie dla samego siebie, bo na stan na koncie raczej chyba nie narzeka, a czy ludzie to kupią, to już inna bajka. Niemniej tworzy muzykę, która jest bezkompromisowa, prawdziwa i słychać to w każdej wygranej przez Newsteda nucie. Całość dopełnia nieukrywana radość towarzysząca - tak, tak - temu pięćdziesięciolatkowi! Koncert wyśmienity i z ciekawością czekam na pełnowymiarowy longlplay!

Po Newstedzie na głównej scenie zainstalowała się grupa Paramore! Ponieważ nie jestem w stanie znieść irytującego pisku marchewkowowłosej panny, poszedłem zjeść kilka wędzonych udek kurczaka.

Headlinerem dnia drugiego na mniejszej scenie była brytyjska formacja Stereophonics. Był to jej pierwszy występ w Polsce. Kiedyś miałem okazję obejrzeć ich koncert w Roskilde '99, ale... wybrałem bodajże Manic Street Preachers, więc po tylu latach, możliwość oglądania i słuchania ich w Warszawie wprawiła mnie w wielką radość i zachwyt.

Zespół zainstalował się na scenie bez zbytniego mizdrzenia się i kurtuazyjnych powitań, a swój ponad godzinny występ rozpoczął od "A Thousand Trees". Wokalista Kelly Jones zdawał się być nieco zachowawczy w stosunku do warszawskiej publiczności, ale im dalej w przysłowiowy las, tym więcej na jego twarzy uśmiechu. W "Maybe Tomorrow" pozwolił nawet na "sing-along" publiczności, która chóralnie dwukrotnie odśpiewała refren na zakończenie utworu. Poza Jonesem, który skupiał na sobie uwagę większości tłumu, należy wspomnieć o perkusiście, Jamie Morrisonie, który jak dla mnie był bohaterem drugiego planu. Muzyk wyraźnie miał ochotę urwać sobie głowę. Poza tym w programie wieczoru znalazły się również między innymi "Indian Summer", "Mr Writer","Roll The Dice", "The Bartender and the Thief", czy "Dakota". I jeżeli mam mówić o rozczarowaniu, to ubolewam nad faktem, że nie zagrali "Pick A Part That's New", na który czekałem najbardziej tego wieczora! No cóż, nie można mieć wszystkiego od razu! Być może na jakimś klubowym koncercie w niedalekiej przyszłości?

Od redakcji:

Nasz dzielny wysłannik nie wytrwał na koncercie 30 Seconds to Mars, co jesteśmy w stanie zrozumieć i wybaczyć, tym bardziej, że zaprzyjaźnione źródła donosiły, iż Jared Leto fałszuje coraz bardziej, niebezpiecznie zbliżając się do poziomu Iana Browna.



Dodaj komentarz

Przepisz tekst z obrazka