menu

Sigur Rós



Miejsce: WARSZAWA, Park Sowińskiego
Data: 25.06.2013
Bilety: 179 zł, sprzedaż: alterart.pl oraz w punktach sprzedaży sieci Ticketpro
 

RELACJA

Nie zawiedli się ci, którzy jako odskocznię od codziennego zgiełku i uciążliwych upałów wybrali wieczór z Sigur Rós. Warszawski koncert przyniósł wyczekiwaną porcję ukojenia, mimo że po raz pierwszy Islandczycy zaprezentowali tak ciężkie brzmienia.



Podobno zespół jest już w totalnym mainstreamie, w końcu pojawił się w "Simpsonach" i w show Jaya Leno. W amfiteatrze w Parku Sowińskiego zgromadziły się tłumy, w których zblazowani hipsterzy wcale nie dominowali. W takim razie należy być dumnym z głównego nurtu, że wreszcie znalazł się ktoś, kto hipnotyzuje publiczność feerią doskonałych dźwięków.

Zeszłoroczna zadyszka, jaka przydarzyła się Sigurom po premierze "Valtari", odejście Kjartana Sveinssona i widmo rozpadu grupy wyszły im tylko na dobre. Najnowszy krążek formacji - "Kveikur" - to ich najdoskonalsze dzieło co najmniej od czasów "Takk...". Co więcej, to właśnie premierowe utwory zrobiły na mnie największe wrażenie. Ciężkie, intensywne, prawie apokaliptyczne brzmienie "Brennisteinn" i "Kveikur" wprawiło publiczność w osłupienie, świetnie wypadło też nieco lżejsze "Ísjaki". Atmosferę melancholii chyba najlepiej oddało pochodzące z ubiegłego roku "Varúð", które w wersji live nabrało smutnego, refleksyjnego charakteru.

Dodatkowe wrażenie budowały - jak zwykle - perfekcyjne, surrealistyczne wizualizacje. Z największym entuzjazmem spotkały się oczywiście stare, sprawdzone hity "Saeglopur" i "Hoppípolla", ten ostatni wykonany przy podskokach i oklaskach oczarowanych fanów. Magicznej atmosfery dopełniło zagrane na bis budujące napięcie, niepokojące "Popplagið". Mimo że Sigur Rós są obecnie gwiazdami światowego formatu, nie sposób zarzucić im pompatyczności, efekciarstwa. Widać było, że żywiołowe reakcje widzów i kilkuminutowa owacja na stojąco sprawiły im radość - w końcu dwukrotnie żegnali się z publicznością.

Trudno ubrać w słowa wszystkie emocje, które towarzyszyły podczas tego wydarzenia, swoim anielskim (bo przecież nie ludzkim) śpiewem, Jónsi poruszył tłumy. Może to lepiej, że teraz mamy Sigur Rós w mainstreamie.

Anita Ceglińska



Dodaj komentarz

Przepisz tekst z obrazka