menu

Paul McCartney



Miejsce: WARSZAWA, Stadion Narodowy
Data: 22.06.2013
Bilety: od 242 zł do 1100 zł, sprzedaż od 22 marca na LiveNation.pl
 

RELACJA

Pełen emocji, wzruszeń i najprawdziwszej magii wieczór z prawdopodobnie największym i najważniejszym żyjącym artystą. Stop. Z największym i najważniejszym żyjącym artystą.



Kiedy w połowie lat 90. zaczynałem swoją przygodę z koncertami, że tak powiem artystów światowego formatu, każda sztuka była dla mnie przeżyciem niemalże transcendentalnym. Na wiele dni przed spotkaniem z którymś z moich idoli myślami byłem już na jakimś Torwarze czy Spodku, w dniu koncertu czułem się jak zwycięzca kumulacji Lotto, a później przez kolejny tydzień nie potrafiłem z powrotem zejść na ziemię. Oczywiście, od tamtych czasów zdążyłem obejrzeć dziesiątki, jak nie setki mniejszych lub większych koncertów, wydorośleć i rzecz jasna, nabrać do tego typu wydarzeń odpowiedniego dystansu. Wszystko przecież też zwyczajnie powszednieje. Gdy jednak w okolicach 20 czerwca zdałem sobie sprawę, że już niebawem będę miał okazję obcować z kimś, kto wraz z The Beatles uformował moją artystyczną wrażliwość, kimś, kogo utwory uważam za dzieła absolutnie perfekcyjne i ponadczasowe, okazało się, że o żadnym dystansie nie może być mowy. A ja przez chwilę poczułem znowu tę samą ekscytację co lata temu.

Nie będę nawet próbował osądzać czy było to w kraju największe wydarzenie muzyczne roku czy też dekady, nie będę zastanawiał się też czy pod względem wykonawczym wszystko było OK, czy nie było potknięć, bo gdy w grę wchodzą takie emocje, trudno o tradycyjne, chłodne przemyślenia. Zapewniam jednak, że gdy Paul zaintonował tekst "Once there was a way..." zagranego na bis "Golden Slumbers"/"Carry That Weight" przeżyłem najwspanialsze muzyczne chwile, jakie tylko można sobie wyobrazić. To jeden z najpiękniejszych utworów, jaki kiedykolwiek napisano, utwór, który już w wersji studyjnej wyjątkowo naładowany jest emocjami, a na żywo podniesione one zostają do potęgi n-tej. Przy takim ładunku naprawdę nie trudno o wzruszenie. A takich momentów, wypełnionych najprawdziwszą magią, które razem z setkami mi podobnych, będę pielęgnował w pamięci, było bez liku. Wtedy, gdy śpiewał chwytając za gardło "You're asking me will my love grow, I don't know, I don't know" harrisonowskiego "Something" (zagranego na początku na ukulele, później z akompaniamentem całego zespołu). Podczas ślicznego - jak nigdy - "And I Love Her", po którego wykonaniu mogę powiedzieć tylko "And I Love Him", czy podniosłych, wręcz majestatycznych "The Long And Winding Road" i "Let It Be". O chóralnym odśpiewaniu przez cały stadion końcowych fraz "Hey Jude" zapomnieć będzie nie sposób. To "na na na na, hey Jude" zostanie w głowie chyba już na zawsze.

Oczywiście, nie było cały czas tylko podniośle i sentymentalnie, Paul to w końcu muzyk i kompozytor o niebywale rozległych horyzontach, potrafiący sprzedawać najróżniejsze emocje. Podczas "Ob-La-Di, Ob-La-Da" stadion szalał na całego i atmosfera zrobiła się niemal rodzina, podobnie jak przy wingsowskim "Mrs. Vandebilt", z zaśpiewem "ho-hey-ho, ho-hey-ho". Macca nie zapomniał też o swoim bardziej drapieżnym wcieleniu. Było obowiązkowe "Helter Skelter" (którego jeden z fanów domagał się tak głośno, iż ochrona w końcu musiała go wyprowadzić) i "Live and Let Die", w trakcie którego zrobiło się gorąco - dosłownie i w przenośni - na scenie pojawiły się słupy ognia i wybuchy. Działo się. Pięknie też, że były Beatles nie skupił się wyłącznie na żelaznej klasyce. Sięgnął również po rzeczy mniej oklepane, jak np. "Your Mother Should Know" z trochę niedocenianego a ubóstwianego przeze mnie beatlesowskiego "Magical Mystery Tour", a którego, podobno do tej trasy nie wykonywał na żywo nigdy.

Ale wyjątkowo było także z innych powodów - Macca solidnie się też przygotował do wizyty w naszym kraju. Już na samym początku zapowiedział, że będzie próbował mówić po polsku. Nie ograniczył się jednak do rockowej średniej, i zwrotów w stylu "Witaj Warszawo" czy "Cześć Polsko!". Ciągle wtrącał jakieś teksty w naszym języku (posiłkował się oczywiście ściągawką i robił to koślawo, ale właśnie w tym tkwił cały urok). Zanim zaczął "My Valentine" (kolejny mocny punkt całości) zdradził, że ten kawałek napisał dla swojej żony, gdy w "Hey Jude" dyrygował publicznością - prosił odpowiednio "Teraz Panie", "A teraz sami panowie". A tuż przed ostatnim bisem oznajmił wszystkim, że niestety "Musimy już iść", czym oczywiście wszystkich zmartwił, ale i rozbawił. McCartney zachwycał także kondycją. Muzyk grał blisko trzy godziny (prawie 40 utworów) i wyglądał, jakby mógłby to robić co najmniej drugie tyle. Niebywałe, aż ciężko uwierzyć, iż zaledwie kilka dni wcześniej skończył 71 lat.

Przy tym wszystkim, nie najlepsze nagłośnienie (cóż, stadion narodowy nie za bardzo nadaje się pod względem akustyki na koncerty) wydaje się być mało istotną bolączką. Oj Paul, na te chwile czekałem lata. Było to długa i kręta droga, ale cieszę się, iż w końcu wylądowałem przed twoimi drzwiami.

Tomasz Jarka



Dodaj komentarz

Przepisz tekst z obrazka

Komentarze

24 czerwca 2013, 12:32

Hedahe

Podpisuję się pod tą recenzją rękami i nogami i wszystkim czym tylko można. To był niesamowity wieczór, Paul McCartney jest prawdziwym MISTRZEM!

24 czerwca 2013, 13:11

Anette

Idealnie ujęte w słowa! To było magiczne!

24 czerwca 2013, 14:25

JacekO

Zdecydowanie - "Magical Mystery" evening. Sir Paul - mistrz nad mistrze.