menu

The Raveonettes



Miejsce: WARSZAWA, Basen
Data: 29.09.2013
Supporty: Hatifnats | Sayes | The Lollipops
Wstęp od: 18:45
Bilety: 80 zł/90zł, sprzedaż: w sieciach Empik, Media Markt, Saturn oraz Ticketpro.pl, Eventim.pl, eBilet.pl oraz na Muno.pl.
 

RELACJA

Mam w zwyczaju wypijać niedzielną kawę przy dźwiękach "Sunday Morning" The Velvet Underground. Spodziewałam się, że koncert Duńczyków z The Raveonettes (oni też uwielbiają Lou Reeda) będzie uroczą wycieczką w przeszłość. Nic bardziej mylnego, zamiast retro-kawki otrzymałam dożylną dawkę nitrogliceryny.



Występ otwierał tegoroczną edycję Warsaw Music Week. Publiczność rozgrzewały trzy polskie formacje: zadziorna The Lollipops, rozmarzona Sayes i umykająca wszelkim schematom Hatifnats.

The Raveonettes rozpoczęli z niewielkim opóźnieniem, a frekwencja nie była imponująca. Na szczęście pod sceną znalazła się grupa prawdziwych entuzjastów, a zespół zapewnił im energetyczne show. Sun Rose Wagner i Sharin Foo (przy wsparciu perkusisty) postawili na ostrzejsze kawałki - wieczór otworzyli niepokojącym "You Say You Lie", nieco później niemal wszyscy w Basenie tańczyli do przeboju "She Owns The Streets" z najnowszego longplaya "Observator". Prawdziwa euforia pod sceną towarzyszyła dźwiękom hitu "Love in a Trashcan". Amatorzy nostalgicznych melodii mogli pobujać się przy uroczym "Curse The Night". Za to w drugiej części show dominowały cięższe utwory podszyte przesterowanymi gitarami.

Nie spodziewałam się, że na żywo "Attack of the Ghost Riders" brzmi tak intensywnie, a za najmocniejszy punkt wieczoru trzeba uznać "That Great Love Sound". Mnie zabrakło jedynie niepokojącego numeru "Apparitions" i innych perełek z mrocznej, intrygującej płyty "Raven In The Grave". Jednak tak posępne brzmienia popsułyby niemal punkową atmosferę. Przez cały koncert trudno było oderwać wzrok od Sharin Foo. Nie musiała skakać po scenie jak opętana, by skraść serca widzów, bo i tak hipnotyzowała niewymuszonym urokiem. Zabawnie wyglądał kontrast między grupką bawiących się do upadłego fanów, a parą niemal nieruchomych muzyków, którzy nie silili się na atrakcje i epickie choreografie.

The Raveonettes po raz kolejny udowodnili, że niezależne skandynawskie formacje nie muszą grać jedynie death metalu lub niezrozumiałej dla 80 procent społeczeństwa alternatywy. W niedzielę zabrali nas w przejażdżkę do lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Obok Cults i The Kills to najlepszy duet zapewniający dawkę dość oszczędnego, ale jakże drapieżnego rocka.

Anita Ceglińska



Dodaj komentarz

Przepisz tekst z obrazka