A$AP Rocky, Father John Misty, D’Angelo na Open’erze

26 lutego 2015
ok. 5 minut czytania

Nowojorski hip hop dawno nie miał tak wyrazistej postaci, jak A$AP Rocky. Wyrazistej, utalentowanej i zaangażowanej w kilka dziedzin na raz. Bo A$AP Rocky to nie tylko raper, ale także producent (ukryty pod pseudonimem Lord Flacko), szef wytwórni A$AP Worldwide, reżyser i projektant mody. A$AP Rocky jest także nieformalnym szefem, a na pewno najbardziej rozpoznawalnym członkiem kolektywu A$AP Mob. Rakim Meyers, bo tak naprawdę nazywa się Rocky, ma 27 lat, a już dziś należy do ścisłej czołówki amerykańskiego rapu. Jak każdy szanujący się artysta tego gatunku odebrał staranne uliczne wychowanie, z handlem narkotykami na czele. Dziś ubiera się w najlepszych domach mody, kumpluje się z Rihanną, ale przede wszystkim nagrywa rewelacyjne albumy. W 2011 roku wydał mikstejp „Live. Love. A$AP”, po którym podpisanie wartego kilka milionów dolarów kontraktu było formalnością. Nagrania w stylu „Peso” czy „Purple Swag” były powiewem świeżości na nieco zastałej scenie, przede wszystkim dzięki odważnym beatom, za które odpowiadał producent Clams Casino. Minimalistyczne, elektroniczne, często niekoniecznie hiphopowe. Długogrający debiut A$AP-a – „Long. Live, A$AP” – ukazał się na początku 2013 roku i tylko podbił stawkę. W gronie producentów znaleźli się, prócz wspomnianego Clams Casino, także Skrillex, Danger Mouse i Hit-Boy.

Płyta zadebiutowała na szczycie listy Billboardu i spotkała się z niezwykle pozytywnym odbiorem krytyków. Sukces A$AP Rocky’ego stał się nie tylko lokomotywą dla całego A$AP Mob, ale także dla innych raperów, prezentujących podobny styl, jak Danny Brown czy Flatbush Zombies. Część z nich pojawiła się zresztą na debiucie, podobnie jak Drake, Kendrick Lamar czy Florence Welch. A$AP Rocky, pochłonięty nowymi zajęciami, teoretycznie odłożył na jakiś czas prace nad nowym albumem, ale zaledwie dwa tygodnie temu opublikował premierowy utwór „Lord Pretty Flacko Jodye 2”, co może oznaczać, że następca „Long. Live. A$AP” jest bliżej niż nam się wydaje.

Father John Misty to jedno z muzycznych wcieleń Joshuy Tillmana, wokalisty, gitarzysty, pianisty a przez lata perkusisty formacji Fleet Foxes. Pierwsze solowe albumy wydawał ponad dekadę temu, choć były to raczej rzeczy docierające do wąskiej grupy fanów, także z racji współpracy z małymi wytwórniami czy nawet próbami własnej dystrybucji. Tillman, multiinstrumentalista, czuwał nad wszystkimi aspektami procesu twórczego. W 2008 roku muzyk dołączył do składu zdobywającego coraz większą popularność zespołu Fleet Foxes. Koncertował z nimi po wydaniu debiutanckiego „Fleet Foxes” oraz nagrał partie perkusji na drugi album „Helplessness Blues”. Po zakończeniu trasy promującej album, odszedł z zespołu, ale już wtedy zaangażowany był w nowy solowy projekt – Father John Misty. Kontakt z wytwórnią Sub Pop zaowocował wydaniem debiutu pod szyldem tej znamienitej wytwórni. Na „Fear Fun” Tillman odszedł od klasycznego folku, wzbogacając go psychodelią i niezależnym rockiem. Tym razem zaprosił do studia innych muzyków, co pozwoliło mu pełnić także rolę swoistego dyrygenta nad kilkuosobową orkiestrą. Nowy album, wydany w styczniu „I Love You, Honeybear”, jest znowu fuzją kilku gatunków, w których Misty czuje się najlepiej, choć zagranych z o wiele większą precyzją i prawdziwą muzyczną namiętnością. „I Love You, Honeybear” została świetnie przyjęta przez dziennikarzy muzycznych i już w tym momencie aspiruje do miana jednego z najważniejszych albumów tego roku. Swoiste uduchowienie, które usłyszycie na płycie jest wpisane w życie Tillmana. Wnika to zarówno z wychowania w duchu chrześcijańskim, twardych zasad wpajanych mu przez rodziców, jaki i późniejszych, wręcz spirytystycznych doświadczeń. Dziś muzyk mieszka w amerykańskiej kolebce mistycyzmu – Nowym Orleanie. Być może właśnie dlatego było mu łatwiej współtworzyć muzykę do serialu „Detektyw”, dziejącego się na bagnach Luizjany. To tylko jeden z wielu projektów, w które Misty zaangażowany był w ostatnim czasie, jak choćby nagranie muzyki do filmu o swojej żonie, wspólna trasa u boku Lany Del Rey czy nagrywanie coverów piosenek innych artystów z Nirvaną i Leonardem Cohenem na czele.

Długo czekaliśmy na koncert D’Angelo w Polsce, ale moment w którym wreszcie pojawi się w naszym kraju nie mógł być lepszy. Dwa miesiące temu D’Angelo wydał „Black Messiah” – trzeci album w swojej karierze. Zrobił to w kulminacyjnym momencie przedświątecznej gorączki, kiedy wszystkie listy najlepszych płyt roku były opublikowane, a dziennikarzy interesowały właściwie tylko analizy gwiazdkowych przebojów a nie nowe płyty. Tym samym dość dobitnie pokazał gdzie ma przemysł muzyczny i jego reguły. Wybudzeni ze świątecznego letargu dziennikarze, nie zdążyli już zmienić wyników swoich podsumowań, ale nie mogli nie napisać, że oto właśnie ukazała się najlepsza i najważniejsza płyta 2014 roku. Tym samym, kiedy za kilka lat będziecie spoglądać w rankingi, pamiętajcie, jakiego albumu w nich nie uwzględniono. „Black Messiah” był pierwotnie planowany na ten rok, być może nawet na okolice 15. rocznicy wydania innego epokowego działa, czyli „Voodoo”. Społeczna sytuacja w USA, a zwłaszcza zamieszki w Ferguson przyspieszyły decyzję D’Angelo o wydaniu nowej płyty. Album wpisał się w tradycję rewolucyjnych albumów, które zarówno na poziomie muzycznym jak i lirycznym rozliczają się z zastaną rzeczywistością i robią to bezkompromisowo. D’Angelo powracający po 15 latach studyjnego milczenia z dnia na dzień stał się centralną postacią amerykańskiej sceny, przy której sukcesy jego młodszych i teoretycznie nowocześniejszych kolegów stały się jakby bledsze. Jego spojrzenie na soul, R&B, jazz, funk jest tak wyjątkowe, że nie uda się go określić, dostawiając do nazw tych gatunków jedynie przedrostek „neo”. To jest po prostu brzmienie D’Angelo.

Nie pierwszy to zresztą raz, kiedy D’Angelo zostawia konkurencję w tyle. „Black Messiah” może jeszcze dziś nie jest klasykiem, ale za kilka lat będzie stawiany na równi z poprzednimi działami artysty – wydanym w 1995 debiutem „Brown Sugar” i jego następcą, jedną z najważniejszych płyt przełomów wieków – „Voodoo”. Po wydaniu tej płyty D’Angelo zagrał jedynie kilkanaście koncertów i zniknął na 12 lat. Powrócił na początku 2012 serią kilku występów i właśnie wtedy pojawiły się informacje o tym, że pracuje nad nowym albumem. Rzadko kiedy oczekiwanie jest tak sowicie wynagrodzone. Mamy nowy album D’Angelo a w lipcu po raz pierwszy zobaczymy go w Polsce z jego nowym zespołem – D’Angelo and the Vanguard.

Udział w festiwalu Open’er potwierdzili już: Faithless, Major Lazer, Alt-J, Chet Faker, Django Django, Eagles Of Death Metal, Flume, Hozier, Jonny Greenwood, José González, Kasabian, Kendrick Lamar, Modest Mouse, Of Monsters And Men, Refused, St. Vincent, Swans, The Dumplings, Thurston Moore, Tom Odell, Fisz i Emade, Curly Heads, Domowe Melodie i Natalia Przybysz, Julia Marcell oraz Years & Years.

Karnety i bilety:

Karnet 4-dniowy – 550 zł
Karnet 4-dniowy + pole namiotowe – 630 zł
Karnet weekendowy – 350 zł
Bilety jednodniowe – 207 zł

Bilety dla dzieci:
Od 3 do 12 roku życia – 50 procent ceny: karnet 4-dniowy – 275 zł, karnet 4-dniowy + pole namiotowe – 315 zł, karnet weekendowy – 175 zł, bilety jednodniowe – 103 zł. Dzieci do 3 roku życia: udział bezpłatny.