Adele – „21”

30 lipca 2011
ok. 2 minut czytania

Od razu powiedzmy sobie jedno. Adele ma fenomenalny głos. Nie chodzi tylko o umiejętności, ale i barwę – ciepłą, lekko zachrypniętą, ale i miękką jak aksamit. Ponadto potrafi zaśpiewać tak pięknie, że nawet Terminator, by się popłakał. Niestety, jest jedno „ale”. Piosenki. Zestaw, który słyszymy na „21” jest najczęściej nudny, smętny i nijaki. A zapowiadało się tak wspaniale.

Singlowy „Rolling in the Deep” to po prostu arcydzieło. Podskórnie przenikające do głowy (bardzo trudno uwolnić się od tego utworu) i serca (jeszcze trudniej się nie wzruszyć). Z takim startem zdawałam sobie sprawę, że reszta kompozycji może nie być równie zachwycająca. Tymczasem na drugim miejscu przywitało mnie „Rumour Has It” – przepiękna, obezwładniająca kompozycja, na której samo wspomnienie mam ciarki na plecach. Rzecz po prostu genialna, z subtelnie wplecionymi, psychodelicznymi Hammondami w tle i porywającą, finezyjną sekcją rytmiczną. I to by było na tyle. Dalej mamy w zasadzie same nieporywające i niefinezyjne ballady. Raz podszyte romantycznymi smykami („Turning Tables”, „Set Fire to the Rain”), raz w bardziej organicznym, folkowym wydaniu („Don’t You Remember”), a nawet z przyjemnym, lekko rozkołysanym soulowym zabarwieniem („He Won’t Go”). Czasem wycieka z nich gorycz i przejmujący smutek („Take It All”), czasem przebłyskuje figlarność i filuterność („I’ll Be Waiting”). A czasem jest to delikatny niczym pajęczyna skroplona bossa novą „cover „Lovesong” The Cure.

I niby ciężko się czepiać. Nagrania mają swój wdzięk, Adele śpiewa wspaniale, ale potencjał ma znacznie, znacznie większy, co – niestety – pokazała w dwóch otwierających utworach. Niestety, bowiem w odważniejszych, bardziej zaskakujących kawałkach młoda Angielka chwyta za gardło, zwala z nóg i pozostawia ze łzami w oczach. O reszcie można powiedzieć tylko „ładne”. Jak na Adele, to za mało.