Afromental – „Mental House”

28 grudnia 2014
ok. 1 minuta czytania

Napisanie, że nowa płyta Afromental to gatunkowy i stylistyczny tygiel, to jak stwierdzenie, że Messi potrafi kopać piłkę, a George Clooney jest niebrzydki. Naprawdę, słowami ciężko opisać, co, a w zasadzie, ile dzieje się na tym albumie. Pop, rock, soul, R&B, funk, elektronika, hip-hop, jazz, blues, a nawet kilka iście metalowych zagrywek. Cypress Hill, Snoop Dogg, Linkin Park, Korn, Alice in Chains, Prince, Michael Jackson, Living Colour. Mocne gitarowe riffy, scratchowanie, piękne wokalne harmonie, figlarne dęciaki, dźwięki syntetyczne i akustyczne. Lata 90. i początek XX wieku w nienagannej symbiozie. Energia, siła, ale i nieco liryzmu, romantyzmu. Każdy numer to kolejna niespodzianka, kolejne nieoczywiste muzyczne połączenie.

Gdyby „Mental House” był filmem, byłby dziełem Quentina Tarantino, a gdyby był potrawą, byłby bigosem. Mamy tu bowiem niemal wszystko, co tylko możliwe, na dodatek bezczelnie wymieszane. Najlepsze jednak, że jakoś to razem pięknie współgra, że smakuje naprawdę dobrze. Że słucha się z buźką roześmianą od ucha do ucha, że mimo tego dźwiękowego natłoku, muzycznego bałaganu, znajdziemy tu całe mnóstwo świetnych piosenek. Bo kto powiedział, że na jednej płycie nie można grać grunge’u i śpiewać jak Justin Timberlake?

Dla osób w wieku 30+ „Mental House” to kapitalna, sentymentalna wycieczka, dla tych młodszych szybki kurs z bardzo szeroko pojętej muzyki rozrywkowej ostatnich dekad… i to w pigułce.