Algiers – „Algiers”

7 czerwca 2015
ok. 2 minut czytania

Już notki dotycząca tria (na Wikipedi/stronie wydawcy) wywołują pewne skonfundowanie. Są z Atlanty w stanie Georgia i jest ich trzech – wokalista i gitarzysta Franklin James Fisher, basista Ryan Mahan i gitarzysta Lee Tesche. Tu nie ma się co dziwić, ale w gatunkach przypisanych do muzyki, którą wykonują pojawiają się hasła experimental, post-rock, post-punk, work songs, drone, co sprawia, że mamy minę, jak Pomysłowy Dobromir, gdy próbuje coś wykombinować. Jeśli dodamy do tego inspiracje Niną Simone, P.J. Harvey, Suicide i Public Enemy oraz występy przed Interpol, na bank będziemy wyglądać jak wielki znak zapytania. Najlepsze jest jednak to, że po wysłuchaniu „Algiers” okazuje się, że to wszystko prawda, a co więcej, ma to sens.

Przydługi wstęp był potrzebny, bowiem Amerykanie nie ułatwiają pracy recenzentom. W ich przypadku frazes o trudnej do zaszufladkowania muzyce jest prawdziwy. Kiedy wydaje się, że w miarę ogarnęliśmy temat, i możemy wrzucić ich do worka gospel, soul, blues z rockowym zacięciem, pojawiają się dziwne, zaskakujące elektroniczne motywy. Przy czym wspomniane czarne brzmienia to żadne tam seksowne, zmysłowe rzeczy, lecz surowe, na wskroś organiczne, mocno zakorzenione w głębokim południu Stanów, wręcz przypominające pieśni niewolników. Rock z kolei nie objawia się w formie mocnych chwytliwych riffów czy galopującej perkusji, lecz raczej pewnego kontrolowanego hałasu, agresywnych dźwięków, bojowego nastawienia. Elektronika natomiast jest mroczna, gęsta, chwilami industrialna, a całość dzika, pierwotna, pełna emocji, buntu, gniewu, żaru. Nie liczcie na oczywiste kompozycje i banalną produkcję. Jeśli jest coś oczywistego w twórczości Algiers to tylko to, że idą pod prąd.

Na tej płycie nie ma prostych rozwiązań, wygładzonych krawędzi, to kolczasta, chropowata muzyka, do bólu szczera, pełnokrwista, przepełniona emocjami, wymagająca, ale fantastycznie nieprzewidywalna.