Amon Tobin – „Isam”

29 listopada 2011
ok. 2 minut czytania

Dziwny jest ten muzyczny świat, kreowany przez brazylijskiego producenta, od lat związanego z wytwórnią Ninja Tune. Sięgając czy to po jego solowe dokonania, czy dzieła wydane pod szyldem Cujo czy Two Fingers, za każdym razem porażani jesteśmy masą niesłyszalnych u nikogo innego, niedefiniowalnych dźwięków, jakby Tobin próbował do nas mówić świdrującymi głowę głosami pozaziemskich istot. Ilu to już dziennikarzy próbowało określić jego styl muzyczny. Na potrzeby recenzji kolejnych jego albumów wymyślano nowe terminy, starając się jakkolwiek zaszufladkować twórczość Brazylijczyka. Na próżno. „Isam” to także twór niejednoznaczny, uciekający wszelkim klasyfikacjom. Tak pokręcony i skomplikowany, że zawrzeć go w jednym określeniu, ba, jednym zdaniu, po prostu nie sposób.

Trudno nawet stwierdzić, czy to dobra płyta. Ma ona tyle twarzy, ile zawartych na niej utworów. Albo damy się pochłonąć im wszystkim, albo nie znajdziemy wśród nich niczego dla siebie. „Isam” to dzieło kompletne, do łykania w całości. A że niektóre jego elementy mają kolce, nie dają się za pierwszym podejściem przełknąć – to akurat zaleta materiału. Choć Tobin umieścił na okładce albumu pięknego motyla, muzyki równie barwniej i dla ucha przyjemnej nie ma co na tej płycie szukać. Znowu przygotowane z chirurgiczną precyzją kompozycje, utrzymane są w stylistyce futurystycznego, eksperymentalnego słuchowiska, skierowane są do tych, którzy zamiast miłych melodii, wolą w muzyce szukać nowych, niepoznanych dotąd dźwiękowych rejonów. A tych na nowej płycie Tobina jest całkiem sporo. Wystarczyłoby na ścieżki dźwiękowe do dwóch części „Alicji”. Akurat do tego filmu, nowy Amon pasowałby idealnie. To dopiero byłaby pokręcona produkcja!