Ania – „Kilka historii na ten sam temat”

16 października 2006
ok. 1 minuta czytania

Dzięki programowi „Idol” wokalistka dostała szansę na kontrakt płytowy. Nie zmarnowała jej. Wystartowała w 2004 roku ciekawym, bardzo autorskim dziełem „Samotność po zmierzchu”. Teraz przyszedł czas kolejnej próby. Postanowiła śpiewać na jeden temat (różne oblicza miłości) i był to dobry pomysł. Trochę gorzej jednak z jego realizacją. Ania zdecydowanie więcej ma do powiedzenia za sprawą dźwięków, niż słów. Muzyka jest jej głównym atutem. Ma zdolność pisania smutnych ballad z subtelnymi melodiami. Proszę posłuchać choćby takich piosenek jak słodka „Czekam…”, delikatna „Trudno mi się przyznać” czy zwiewna „Musisz wierzyć”. Jest ponadto zdolną interpretatorką – krążek przynosi cover kompozycji Ennio Morricone, piękny motyw „L’Ultimo”.

Longplay ma w sobie pewną muzyczną gęstość i własny charakter. Na przykład w nagraniu „Czego ona chce” ciekawie brzmi głos Dąbrowskiej (nad którym ona świadomie panuje), ale przede wszystkim pojawia się intrygująca solówka na trąbce. W ogóle dużo tutaj dęciaków. Instrumenty dęte wykorzystano na różne, ciekawe sposoby. Pojawiają się nie tylko w charakterze ozdobników („Opowiedz mi”, „Wiosna”), co z pewnością nadaje albumowi oryginalności.

„Kilka historii na ten sam temat” to pop, ale uszlachetniony. Ania dojrzewa i potrafi przekazywać w dźwiękach coraz więcej emocji. A to cieszy.