Antigama – „Warning”

24 marca 2009
ok. 2 minut czytania

Progresywny grind core – taką etykietkę przylepił Antigamie amerykański wydawca. Amerykanie mają hopla na punkcie szufladkowania, choć nie zawsze robią to z sensem. Ale tym razem mogę zaakceptować wspomniane określenie, choć sprowadzanie muzyki Antigamy li tylko do wariacji grindu jest uproszczeniem. Zgoda, pokręconego grania czerpiącego z grind core’a jest na płycie dużo, ale są też zagrywki kojarzące się z Voivod, freejazzowy chaos, mocno sabbathowski fragment w „Lost Skull” czy walcowate zwolnienie w „Nightmare”. Mamy także niepokojące, wywołujące ciarki elektroniczne kawałki, jakby wzięte z horroru (kapitalny „Black Planet”). Dobrze, że są. Dają wytchnienie po wgniatającej w fotel i zapierającej dech dźwiękowej kanonadzie urywanych, brudnych, często dysonansowych riffów, gwałtownych zwolnień, które w mgnieniu oka przechodzą w grindowy sprint, nad którym unosi się charczenie nowego wokalisty Nicka (także Blindead). A to, co wyrabia na perkusji Sivy… Bez dwóch zdań mamy do czynienia z bębniarzem dużej klasy.

Przerwy między utworami są niemal niezauważalne (w każdym razie na wersji promocyjnej), co powoduje, że nie ma chwili na złapanie oddechu. Pozostaje poddanie się dźwiękom. Prawdą jest, że muzyka Antigamy nie jest dla każdego, lecz dla ludzi o umysłach otwartych na różne formy muzycznej ekspresji w obrębie ekstremalnego grania, dla których liczy się coś więcej niż prosty podkład do machania łbem. Wielbicielom Dillinger Escape Plan, Napalm Death, Fantômas czy Psyopus będzie łatwiej przyswoić „Warning”. Ale inni niech się nie zrażają. Warto poszerzać horyzonty. Zwłaszcza, gdy ma się pod ręką taką płytę.

Chylę czoła przed Antigamą i życzę, by doczekała się uznania podobnego do Vader, Behemoth, Decapitated czy – z bardziej grindowej bajki – Dead Infection. Jeśli tak będą się rozwijać nigdy nie będę anti, znaczy anty. Zawsze pro.