Anvil – „Juggernaut Of Justice”

19 maja 2011
ok. 2 minut czytania

Wzruszający dokument „The Story Of Anvil”, dość smutna historia zespołu z dającym nadzieję zakończeniem, pomogła Anvil pod względem promocyjnym. Film pokazywano niemal wszędzie (również w Polsce). Trio, które w obrazie ma kłopoty z pieniędzmi na sesję nagraniową, z podpisaniem kontraktu, opłaceniem producenta, obecnie rozkoszuje się umową z niszową, lecz prężną, wytwórnią The End. Mogło sobie pozwolić na nagrania w kalifornijskim studiu należącym do Dave’a Grohla i wynajęcie do produkcji takiego speca, jak Bob Marlette (m.in. Ozzy Osbourne).

Na nic zdałyby się kontrakty i pieniądze, jeśli muzyka byłaby do niczego. Ale Anvil po zapaści odrodził się w dobrym stylu. Steve „Lips” Kudlow, wciąż szybko i gęsto bębniący Robb Reiner, wspierani przez basistę Glenna „Five” Gyorffy’ego, dostali zastrzyk wielkiej energii. Ponownie pojawiła się w ich muzyce zniewalająca siła, radość i lekkość. Słuchając tuzina piosenek z albumu, nie ma się wrażenia, że któraś z nich jest napisana na siłę.

Anvil, rzecz jasna, koła nie wymyśla. Od ponad trzydziestu lat gra ostry heavy metal, wyrastający z pnia rockandrollowego i blacksabbathowego. Czasem znajduje się na pograniczu thrashu. Płyty tria nie są równe, ale „Juggernaut Of Justice” z pewnością można zaliczyć do przedsięwzięć więcej niż udanych. Majestatycznie skradający się „New Orleans Voodoo” to majstersztyk. Pędzące jak pocisk „On Fire”, „Turn It Up” i „When Hell Breaks Loose” to też świetne reprezentantki krążka. Jako ciekawostkę można potraktować połączenie heavy metalu i swingu w „Swing Thing”. Naprawdę dobry materiał z paroma znakomitymi kompozycjami i świetnie, dynamicznie wyprodukowany. Anvil miejsce w historii zdobył trzema pierwszymi krążkami. Potem było gorzej. Teraz jest powrót do formy. Oby trio utrzymało ją jak najdłużej.