Backyard Babies – „Four By Four”

28 sierpnia 2015
ok. 2 minut czytania

Już po singlu „Th1rt3en Or Nothing” czułem, że Backyard Babies mnie nie zawiedzie. W piosence jest ten rockandrollowy luz, rockowy pazur, szczeniacka łobuzerka, konkretne uderzenie i infekujące natychmiastowo umysł melodie. Jak się okazało, singel był zapowiedzią tego, co dostaniemy na całym albumie. Nicke Borg, ponoć już trzymający się od paru lat z daleka od alkoholu i innych używek, śpiewa lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Kiedy Dregen mówi w zapowiedziach, że rock na pewno nie umarł (w domyśle, że dzięki nim), ma ku temu naprawdę solidne podstawy. Bo Szwedzi w przerwie bynajmniej nie zbijali bąków, nie spędzali też aż tak dużo czasu na detoksie, lecz rozwijali swój warsztat i pisali, pisali, pisali. Jednocześnie nie zapomnieli kim są, pielęgnowali tożsamość. Dzięki temu są lepszymi kompozytorami niż wtedy, gdy wydawało się, że się z nami definitywnie żegnają, czyli po imiennej płycie z 2008 roku, drugim numerze jeden zespołu w Szwecji.

„Four By Four” to 34 minuty esencjonalnego, szczerego, gitarowego hard rocka klasy światowej. Przyznam, że nie należę raczej do tych, którzy zawsze starają się szukać jasnych stron, ale tutaj naprawdę nie miałbym się do czego przyczepić. Jest to, co powinno być w dawce i jakości takiej, jakiej oczekiwałbym po zespole tej klasy, co Backyard Babies. Posłuchawszy, rozumiem doskonale, dlaczego Nicke Borg z dużą pewnością siebie zapowiadał płytę, jako najlepszy materiał Backyard Babies w historii. Jako całość jest niezwykle przekonujący. Pewnie większy sentyment zachowam do „Making Enemies…” i „Total 13”, bo od tych tytułów zaczęła się moja znajomość ze szwedzkim kwartetem, ale do „Four By Four” chętnie powrócę. Nie tylko dla takich perełek jak „I’m On My Way To Save Your Rock N Roll”, „Wasted Years” czy „Walls”, w którym jest i trochę bluesa, i lekkiego, i epickiego rocka.

Nie mam wielkiej wiary w to, że zobaczę Backyard Babies w Polsce, a szkoda, bo to, co można znaleźć w sieci z trwającej właśnie trasy, robi wrażenie. Pozostaje nastawić się na wyjazd do Niemiec i/lub Austrii, no i rozkoszować się „Four By Four”. Nicke, Dregen, Johan i Peder gratuluję znakomitego materiału, czyli po waszemu grattis!