Bad Religion – „The Dissent Of Man”

28 września 2010
ok. 2 minut czytania

Co napisać o zespole, o którego muzyce od dawna wiadomo wszystko? Że Ramonesi byliby dumni z tak wspaniałych spadkobierców? Że Bad Religion kasują w mig niemal wszystkich (poza Green Day) młodszych punkowców genialnym wyczuciem melodii? Że pomimo ponad 30 lat kariery czuć w ich piosenkach wielką radość, świeżość i szczerość? Że mają przepotężny napęd w postaci kapitalnego bębniarza Brooksa Wackermana? Jako pacholę przewinął się on przez stworzoną przez Steve’a Vaia efemeryczną grupę Bad4Good. Niedługo później wyczyniał hocki-klocki w Infectious Grooves z Robertem Trujillo jako partnerem w sekcji rytmicznej. Przewinął się też choćby przez skład Suicidal Tendencies.

Bad Religion to ciągle proste piosenki na kilka akordów. Greg Graffin śpiewa, jak zawsze śpiewał. Są melodyjne chórki, okazjonalne krótkie solówki (w „Cyanide” slide gościnnie gra Mike Campbell z Tom Petty And The Heartbreakers). Chyba nikt stąpający w miarę solidnie po ziemi nie oczekiwał od Bad Religion, że nagle zaczną pisać ciągnące się niemiłosiernie suity albo nagrywać z orkiestrą?! Ich piosenki to w dużej mierze krótkie petardy w stylu „The Day That The Earth Stalled”, która na każdym koncercie rozpęta pogo. Są też takie arcydzieła melodyjnego punka, jak „Avalon”. Muzycy Bad Religion to – jak wiadomo – ludzie solidnie wykształceni, więc teksty piszą więcej niż sensowne i o poważnych sprawach. Lecz bądźmy szczerzy – nie za mentorowanie i wskazywanie całego zła tego świata ich kochamy, tylko za te fajne dynamiczne piosenki i piękne melodie, od których robi się nam lepiej.

„The Dissent Of Man” to remedium na apatię. To wyzwalacz radości, energii i chęci do życia u podatnych na stany depresyjne. Stosować koniecznie w dużych dawkach, ze sporą głośnością. Szybka poprawa gwarantowana.

Lesław Dutkowski / Sonic Records