Beck – „Morning Phase”

4 marca 2014
ok. 1 minuta czytania

Beck nagrał chyba najładniejszą płytę w swojej karierze. Mocno akustyczną, delikatną, przystrojoną subtelnymi, migoczącymi ozdobami. Sporo tu folku, nieco „hipsterskiego” country, organicznych, gitarowych brzmień przypominających Neila Younga, ale i mnóstwo słońca, rozleniwionej, niespiesznej Kalifornii. Nie tej pełnej blichtru i bogatych gwiazd w kabrioletach, ale „piknikowej”, pachnącej ziemią i owocami Doliny Napa znanej z „Bezdroży”.

Amerykanin, który przez lata kariery pokazywał nam najróżniejsze oblicza, tym razem wrócił do prostego, akustycznego grania. Pełnego harmonii, zbudowanego na zgrabnych melodiach i nierzadko podlanych psychodelicznym sosem. Z tym prostym to trochę nadużycie, bowiem na płycie całkiem sporo się dzieje. Mamy przepiękne, soczyste aranżacje – ujmujące smyki („Blackbird Chain”), grzechoczące instrumenty „Blue Moon”, harmonijkę („Country Down”). Wszystko jednak użyte z umiarem, w sposób wysmakowany, z wielkim poszanowaniem muzycznej przestrzeni. To muzyka pełna powietrza, ciepłego wiatru, choć czasem też trochę kwaśna. Melancholijna, stonowana, dryfująca.

„Morning Phase” wprawia w stan zadumy, skupienia, ale jednocześnie rozluźnienia i relaksu. To kolorowa podróż o lekko smutnym zabarwieniu.