Bednarek – „Jestem”

17 grudnia 2012
ok. 1 minuta czytania

Młodzieniec znany z „Mam talent!” po spektakularnym sukcesie osiągniętym z macierzystym zespołem Star Guard Muffin, postanowił zrobić krok wstecz, a nawet dwa. Zrezygnował z jakichkolwiek popowych zabiegów, a pierwszy solowy album przygotował w klimacie bliskim klasycznemu reggae, z domieszką hip-hopu, dubu i ska. Wydaje mi się, że nawet gatunkowi puryści, dotąd patrzący na niego z odrazą (w końcu gwiazdor telewizji), do produkcji, wokali i tekstów nie powinni mieć żadnych zarzutów. Płyta brzmi bardzo profesjonalnie i nie znajdziemy na niej żadnych zagrywek pod masową publicznością. Tak jakby Bednarek postanowił zgolić dready, zerwać maskę chłopca z TVN-u i wyjść przed publikę sauté, tak jak go Bóg stworzył. Postawił na talent, naturalność, pasję. Nie poszły na darmo nauki pobrane u mistrzów gatunku w Kingston, od strony wokalnej Kamil momentami imponuje, popisując się toastingiem jak rasowy Jamajczyk. Szacunek budzi odważne, ale jak najbardziej udane podejście do klasyka Marka Grechuty. „Dni których jeszcze nie znamy” odwzorowane w lekko daabowym klimacie z miejsca wpadają w ucho i jeśli tylko utwór ten zostanie wybrany na singel, błyskawicznie obiegnie wszystkie radiowe stacje w kraju. Z wyborem innego hitu jest już jednak problem, bo „Jestem” to nie płyta, którą można określić przebojowym samograjem. Nic z tych rzeczy. To świadome, naturalne, urzekające odsłonięcie przez Bednarka swojego prawdziwego oblicza. Ja to kupuję, mi się to podoba.