Beyoncé – „Lemonade”

25 kwietnia 2016
ok. 2 minut czytania

Beyoncé znów dość niespodziewanie wydała nową płytę, na dodatek na swoich warunkach. Niby były jakieś zapowiedzi, zwiastuny „Lemonade”, ale do końca nie było wiadomo, czego się spodziewać. Poza muzyką fani otrzymali też tak samo zatytułowany quasidokumentalny film. Widać, że artystce zależy, by ludzie spojrzeli na ten projekt głębiej, by dostrzegli to, co chce przekazać, by usłyszeli nie tylko piosenki, ale i to, o czym one są. A są o… kobietach.

Jak wyjaśnia gwiazda, to album oparty na przeżyciach każdej kobiety, która przebyła podróż poznawania samej siebie i uzdrowienia. Inspiracji dostarczyły artystce m.in. jej babka, Agnéz Deréon, ale także babcia jej męża Jaya Z. To właśnie słowa Hattie White dały tytuł dziełu. – Miałam upadki i wzloty, ale zawsze znajdowałam siłę, by się podnieść – powiedziała. – Dostawałam cytryny, a robiłam lemoniadę.

O tym jest ta płyta, o pokonywaniu porażek, o stawianiu czoła trudnościom, o sile, przeciwstawiania się tym, którzy mogą i chcą nas skrzywdzić. Nie chodzi tylko o kobiety, choć głównie, Beyoncé uderza też w polityczne tony, sprzeciwiając się niesprawiedliwości, broniąc wolności.

Dla tak ważkich tematów i kwestii potrzebny był odpowiedni muzyczny nośnik, dlatego nie spodziewajcie się błahych piosenek z pogranicza popu i R&B. Owszem, mamy kilka dość zwyczajnych numerów jak chociażby rozbujane karaibsko „Hold Up” czy fortepianową balladę „Sandcastles” mieszczące się w stałym arsenale wokalistki. Beyoncé ma jednak w zanadrzu znacznie cięższe działa. Nowoczesną, hybrydową broń.

Amerykanka odważnie i bardzo świadomie miesza i łączy rozmaite style. Tworzy niejednoznaczne, zaskakujące, przekraczające granice gatunków utwory. Wydawać by się mogło, że współpraca z Jackiem White’em będzie czymś sztucznym, co najwyżej dobrym zabiegiem marketingowym, tymczasem dostaliśmy jedno z najbardziej intrygujących nagrań tego roku. Nie mniejszym zaskoczeniem jest numer „6 Inch” z udziałem The Weekenda. Na bazie jego standardowego erotyczno-eterycznego śpiewu (oraz sampli „2Wicky” Hooverphonic na podstawie „Walk On By” Isaaca Hayesa), Amerykanka stworzyła kolorowego motyla, który jednak najpierw musiał wykluć się z larwy i przejść etap poczwarki. Trzeba też wspomnieć o marszowo-bojowym, nawiązującym do rocka z lat 70. „Freedom” z Kendrickiem Lamare (Kanye West zapewne zielenieje z zazdrości) oraz najlepszej piosence country, jaką słyszeliście czyli „Daddy Lessons”.

„Lemonade” to naprawdę mocna rzecz. Dojrzała, kobieca (nie mylić z dziewczęca), zaangażowana, a muzycznie śmiała i bezkompromisowa. Płyta ma słabsze momenty, nie ma aż tak nośnych piosenek jak „Crazy in Love” czy „Single Ladies”, ale jej siła rażenia i przede wszystkim artystyczny wymiar są nie do przecenienia.