Black River – „Black’N’Roll”

27 września 2009
ok. 2 minut czytania

Tytuł idealnie oddaje zawartość płyty. Jest tu energetyczne, hardrockowe granie w rockandrollowym klimacie, ze stonerowym brudem gitar, ale nie jest to jedynie frywolna, zabawowa muzyka, bo w tekstach sporo jest mroczniejszych barw. Co nie znaczy, że Black River nie potrafią pisać bezpretensjonalnych, weselszych piosenek, nadających się na imprezę w gronie wyznawców rocka, czy szaleństwo podczas koncertów (choćby „Lucky In Hell”, tytułowa, „Like A Bitch”). Chwilami unosi się atmosfera zadymionej knajpy pełnej rockandrollowców sączących whisky, lecz nie brak utworów o poważnym wydźwięku, bardziej do rozmyślań niż do hulanek (wolny, ciężki, stonerowy „Breaking The Wall”). Udało się Black River zgrabnie połączyć dwa klasyki – „God Save The Queen” i „Jumpin' Jack Flash” w jeden numer „Jumping Queeny Flash”. Początek bardzo dobrego, smutnawego „Morphine” budową kojarzy mi się trochę z „Mother” Danziga, ale po paru minutach podobieństwa się kończą.

Brakuje mi tu zapadających w pamięć melodii, chwytliwości. Black River postawili na prostszy przekaz niż na jedynce. Zrezygnowali z klawiszy i dęciaków. Tylko gitary, perkusja, wokale, w tym chórek gości w „Jumping Queeny Flash”. Wyczuwalne jest, że muzycy nie starali się kombinować w studiu i raczej nie tylko dlatego, że Orion i Daray mają mnóstwo zajęć w Behemoth i Dimmu Borgir. Najwyraźniej zależało im na nagraniu szczerego, dynamicznego, bezpośredniego albumu, na którym będzie i coś do zabawy, i coś poważniejszego. Trochę rockandrollowego luzu w połączeniu z refleksjami o życiu i o pewnych typach ludzi. Poza wspomnianą krzyżówką coverów brak numerów zapadających w pamięć, jak choćby „Punky Blonde” i „Silence” z debiutu. Paradoksalnie, mimo większej bezpośredniości, tej płyty trzeba posłuchać więcej razy niż pierwszej, aby „zażarło”. Ale zdecydowanie warto to robić.