Black Sabbath – „13”

11 czerwca 2013
ok. 2 minut czytania

Co tu dużo mówić, panowie pozamiatali. Można się zżymać, że to skok na kasę, ze to Sabbath-nie-Sabbath (w końcu zabrakło Billa Warda), jakiekolwiek wątpliwości dotyczące sensu nagrania nowego albumu, znikają, gdy go włączymy. Staruszkowie nie tylko pokazują, że większość tego, co do dziś obowiązuje w ciężkiej muzyce wymyślili właśnie oni, ale co ważniejsze, że wciąż o wiele lepiej niż inni wiedzą, jak taką muzykę grać.

Zwaliste bębny (Brad Wilk bardzo ładnie się wpasował, a nawet dodał nieco własnej dynamiki), przebite szorstkimi, niedającymi się porobić riffami Iommiego, charakterystyczny, „kozi” wokal Ozzy’ego i jego rechot. Mocarny ciężar (wiem, że to dziwny zwrot, ale do Sabbath pasuje jak ulał), mrok, kosmiczne metafory i nadciągająca apokalipsa (to właśnie z utworów Black Sabbath nauczyłam się słówka „doom”). Wszystko tam gdzie trzeba, tam, gdzie było 40 lat temu. Mamy i fragmenty majestatyczne, dostojne („God Is Dead”, „Damaged Soul”), ale i bardziej rozpędzone – oczywiście w charakterystycznym dla kapeli tempie („Live Forever”). Spokojnie, coś spokojnego też się znajdzie – „Zeitgeist” lekko pobrzmiewający echem „Planet Caravan”. Zresztą nie tylko w tym kawałku usłyszmy patenty sprawdzone w utworach sprzed lat (riff z „Loner” kojarzy się z „N.I.B”, brakuje tylko „oh, yeah”), nie sądzę jednak by komukolwiek, w jakikolwiek sposób przeszkadzało. Zasadnicza różnica między „13”, a starymi płytami Sabbath to produkcja (trudno się tych pustych,”matowych” staroci słucha). Różne krążą opinie o Ricku Rubinie i jego zaangażowaniu (a raczej braku) w proces twórczy podczas sesji. Bez względu na to czy zaglądał do studia tylko, żeby przekręcić jedną czy drugą gałkę, czy siedział z muzykami całymi dniami, nie zepsuł tej płyty i Black Sabbath brzmi tak, jak Black Sabbath w XXI brzmieć powinno – mocno, ciężko, wyraziście, przestrzennie.

Black Sabbath nie wymyślili się na nowo, nie odświeżyli formuły. „13” to dowód, że taki zespół jak Black Sabbath był, jest i będzie tylko jeden.