Black Star Riders – „All Hell Breaks Loose”

9 czerwca 2013
ok. 2 minut czytania

Czapki z głów przed Gorhamem za to, że nie poszedł wzorem wielu wskrzeszających legendy (i czasami szargających ich dobre imię) i nie skupił się jedynie na odgrywaniu do końca swoich dni klasyków Thin Lizzy. Za to, że miał na tyle szacunku dla fanów, iż nie nagrał nowej płyty pod legendarnym szyldem. Jak i za to, że znalazł parę lat temu idealnego współtowarzysza „zbrodni” w osobie Ricky’ego Warwicka, który poza tym, że świetnie śpiewa (choć to wiemy już od czasów nieistniejącego już The Almighty oraz solowych płyt wokalisty), genialnie czuje melodyjnego rocka. No i ma w głosie taką udręczoną, nostalgiczną i jednocześnie luzacką, rockandrollową nutę, przypominającą niezapomnianego Lynotta. Jeszcze jedna zasługa Ricky’ego – to on wymyślił nazwę Black Star Riders, pod którą ożywa teraz duch Thin Lizzy.

Szkoda, że nie ma w Black Star Riders Briana Downeya i Darrena Whartona, grających ze Scottem w Thin Lizzy w czasach Lynotta. Ale i bez nich udało się pięknie oddać klimat muzyki legendy. Choć to nie to końca jest klon. Ale w dużym stopniu jesteśmy świadkami „oszustwa prawie doskonałego”. Kawałki w rodzaju „Bound For Glory”, „Hey Judas”, „Someday Salvation”, czy „Kingdom Of The Lost”, w których słychać tę cudownie radośnie „wśpiewującą” solówki gitarę Gorhama i Damona Johnsona, a także irlandzki motyw folkowy, to jakby wskrzeszone Thin Lizzy z czasów od „Chinatown” do „Thunder And Lightning”! Oprócz podróży w czasie mamy też rasowy, melodyjny hard rock, pozbawiony klawiszy, podparty mocarną sekcją rytmiczną Marco Mendoza / Jimmy DeGrasso, ubrany w świetne, tłuste i soczyste brzmienie autorstwa Kevina Shirleya. W sposób nie tak oczywisty kojarzący się z Thin Lizzy, a będący raczej wypadkową rozległych doświadczeń muzyków Black Star Riders, choćby numer tytułowy. Nie ukrywajmy jednak, największą radość sprawiają sprawiają te nagrania, które z kapelą Lynotta kojarzą się najmocniej.

Parę razy w tekście recenzji było o radości. Emanuje ona z każdej sekundy albumu. Czuje się, że praca nad „All Hell Breaks Loose” dała Black Star Riders wiele uśmiechu i pozytywnej energii. Malkontent może się zżymać, że to nic więcej ponad odcinanie kuponów vel wskrzeszanie trupa. Niech się zżyma. Straci przez to okazję do poznania bardzo fajnej hardrockowej płyty na wysokim poziomie. Płyty, dającej dodatkowo masę wspominanych wyżej uśmiechu i pozytywnej energii.