Bob Dylan – „Tempest”

15 września 2012
ok. 2 minut czytania

Od początku XXI wieku, chyba przy każdej kolejnej produkcji Boba, pojawiają się opinie, że wspaniale podsumowuje karierę, wystawia sobie pomnik płytami, które są jakości co najmniej bardzo dobrej, jeśli nie doskonałej. Ale artysta daleki jest od myślenia o ostateczności, o końcu kariery. Idzie ciągle do przodu. I nagrywa piosenki, przed którymi nie pozostaje nic innego, jak tylko paść na kolana i je podziwiać. Bo siła ich jest po prostu niesamowita.

„Tempest” można nazwać swego rodzaju kontynuacją świetnego krążka „Together Through Life”. Dylan też jest tu bowiem pięknie bluesowy („Early Roman Kings”), sielsko-balladowo-folkowy („Duquesne Whistle”, piękna „Soon After Midnight”). Czasem pokazuje niezbyt ostry rockowy pazur („Pay In Blood”). Całość brzmi bardzo naturalnie, trochę tak, jakby nagrano ją pół wieku temu, w czasach, gdy Bob karierę zaczynał. Dylanowi w studiu towarzyszyli prawie ci sami muzycy, co przy poprzednich kilku płytach (nowym jest świetny gitarzysta Charlie Sexton). Sprawdzona grupa artystów dała nam ponadgodzinne dzieło, na którym połowa piosenek jest długich, trwających siedem i więcej minut. Lecz one mają w sobie jakąś magnetyczną świeżość, lekkość i przyswajalność. Słucha się ich ze swobodą, łatwością, przyjemnością, jakby się straciło poczucie czasu.

Bob śpiewa jak zwykle mądre teksty, w swój charakterystyczny sposób, niskim, przejmującym, chropawym głosem. Czaruje od samego początku. Całość to nie tylko kilkanaście świetnych piosenek. To jakby jedna opowieść o różnym stopniu napięcia, stopniowania emocji. Tak się właśnie słucha płyty, jeśli zapomni się na chwilę, że jest na niej 10 piosenek i mają one jakieś tytuły. No, ale od kogóż wymagać umiejętności opowiadania historii, jeśli nie od jednego z największych bardów w historii muzyki?