Bon Jovi – „Burning Bridges”

28 sierpnia 2015
ok. 2 minut czytania

Nie będę kłamać, lubię Bon Jovi czy raczej lubiłam stare Bon Jovi. Nie na zasadzie guilty pleasure. W ogóle się tego nie wstydzę. Lubię po prostu dobre piosenki, a Jon i jego kumple potrafili takowe nagrywać. Jasne, nic w tym superwyrafinowanego, żadnego eksperymentowania, ale świetne melodie, nadającego się do skandowania refreny, klasyczne (hard)rockowe brzmienie – czegóż więcej? No, właśnie niczego. Dokładnie tego od kapeli z New Jersey oczekuję. Fajnych, rockowych utworów. Niestety nie znajdziemy ich na „Burning Brides”.

W tym miejscu należy się kilka słów wyjaśnienia. Trzynasty studyjny album, nie do końca jest prawdziwą płytą. Jak wyjaśniał lider, to zestaw dla fanów (cokolwiek to znaczy) zawierający nieskończone wcześniej piosenki i kilka premierowych, w tym lekko niepokojący singel „We Don’t Run” (do niego jeszcze wrócimy). Mniej dyplomatycznie, są to odrzuty i tak też brzmią. Materiał jest mierny, mizerny i męczący. Większość to banalne balladowe kawałki, nierzadko akustyczne, najczęściej niczym się niewyróżniające, czasem gdzieś pomiędzy U2 a Coldplay. Wyjątkiem „Who Would You Die For”, oparte na ciekawym, nerwowym rytmie, z nietypowym dla zespołu przestrzennym brzmieniem. Numer ogólnie pozytywnie zaskakuje, ale hicior z niego żaden. Drugim zwracającym uwagę kawałkiem jest „I’m Your Man” ze stonesowym riffem i indierockowym „uuuu”. No i jeszcze ten nieszczęsny „We Don’t Run” – niby najbardziej agresywny, drapieżny, ale tak w stylu Nickelback czy Fall Out Boy. Niby to coś nowego, jakiś inny kierunek, trochę dla młodszych słuchaczy, ale Bon Jovi w takiej stylistyce wypada okrutnie nienaturalnie. O tekstach nawet nie chcę pisać, bo chyba u progu kariery Jon Bon Jovi nie śpiewał tak infantylnych wersów jak teraz.

Oczywiście, da się z „Burning Bridges” wykroić kilka radiowych singli, do koncertowego repertuaru też uda się coś wpleść i na pewno sympatycy w sporej liczbie kupią tę płytę i będą chwalić (wiemy, przecież, że 100 milionów fanów Bon Jovi nie może się mylić). Ja czekam jednak na kolejny, już prawdziwy/pełnoprawny album, pierwszy zupełnie bez Richiego Sambory (tu pojawia jako współautor). Czekam na mocne, zadziorne piosenki, na wielkie refreny, na głośne acz przygładzone gitary, a nie tylko balladowe popłuczyny i pseudomłodzieżowe kawałki.