Bryan Ferry – „Avonmore”

15 listopada 2014
ok. 1 minuta czytania

Nie trzeba być fanem Bryana Ferry, by zauroczyć się piosenkami z czternastej płyt Anglika. To album nagrany przez prawdziwego gentlemana, który odsuwa damie krzesło przy stole i nigdy się nie spóźnia. Mężczyznę wyrafinowanego, z wysmakowanym gustem, charyzmatycznego, ale skromnego. Może jego garnitur nie jest z najnowszej kolekcji, ale zadaje szyku jak mało kto.

Już dźwięki otwierającego zestaw singla „Loop De Li” skutecznie czarują. Przepiękna, metaliczna, lekko łkająca gitara i aksamitny saksofon. Jednocześnie zmysłowo i elegancko. Dalej jest podobnie lub lepiej. „Driving Me Wild” rozbraja wspaniałą melodią i melancholią, numer tytułowy porywa wirującym rytmem disco, a „One Night Stand” to aranżacyjno – produkcyjna perełka z rockowymi i soulowymi elementami, popowy klejnot z tych, gdzie nie znajdziemy nawet rysy tandety, kiczu, banału.

Ferry sięga po subtelną elektronikę, delikatnie zniekształcone triphopowo dźwięki, ale to zaledwie migoczące ozdóbki, świecidełka. Główną rolę odgrywają prawdziwe instrumenty (gitary, fortepian, saksofon) i szlachetne wokale, a całość ma przyjemny, staromodny charakter.

„Avonmore” cechuje blichtr, glamour i iście dansingowa szarmancja, ale to także płyta intymna, ciepła, czuła. Czarujące, uwodzicielskie, eleganckie dzieło. Śliczne, stylowe piosenki.