Busta Rhymes – „Back On My B.S.”

24 listopada 2009
ok. 2 minut czytania

„Back On My B.S.” jest następcą świetnego „The Big Bang”, wydanego przez Rhymesa dla labelu Dr. Dre. Konfrontując nowy album z poprzednikiem, ocena nie jest za wysoka. Singlowe hiciory „Arab Money” i „Respect My Conglomerate” zapowiadały materiał pełen przebojów i mocnych, nowoczesnych brzmień.

Rzeczywiście – hitów kilka jest, nowoczesnych brzmień nie brakuje, nie znaczy to niestety, że są one ciekawe. Producenci na albumie, a jest ich wielu, nie odrobili chyba lekcji przed pracą dla Busty Rhymesa. Większość nagrań brzmi niestety bardzo podobnie do siebie, z pozoru energetycznie i świeżo, ale w efekcie odtwórczo. Nawet jeśli posiadają potencjał hitowy, to za sprawą udziału fatalnych gości (T-Pain, Akon, Ron Browz) tracą na wartości. Szkoda tym większa, że sam Busta Rhymes jest świetny. Wrócił do swojego szalonego, zaskakującego stylu. Teksty ujmują poczuciem humoru, nie brakuje im błyskotliwości i przenikliwości w kwestii życiowych i społecznych spostrzeżeń.

Gdyby Busta cały krążek oddał w producenckie ręce choćby nawet DJ-a Scratcha, mógłby z tego wyjść materiał roku. Tak się niestety nie stało i w koniec końców mamy materiał, który powinien artyście dać sporo do myślenia. Rhymes jest na tyle oryginalnym i ciekawym twórcą, że nie musi sięgać po pomoc dziesiątków mniej utalentowanych od niego ludzi. „Back On My B.S.” warto sprawdzić dla świetnych singli i kawałków finałowych. Reszta, niestety, do ominięcia.