Cathedral – „The Last Spire”

23 maja 2013
ok. 2 minut czytania

Po przesłuchaniu „The Last Spire” ciśnie się na usta pytanie: „Dlaczego teraz?!”. Zrozumiałbym, gdyby Cathedral nie mieli już nic ciekawego do powiedzenia, zespołem targały konflikty, nikt nie zapraszał go na koncerty, wytwórnia olewała promocję, fani rzucali weń wyszukanymi bluzgami, etc. Biadolenie jest oczywiście poniewczasie, bo Anglicy swoje ostatnie występy już dali, koronując teraz swoją blisko ćwierćwieczną karierę studyjnym pogrobowcem. Bardzo udanym pogrobowcem.

Lee Dorian i Gaz Jennings podeszli do „pochówku” grupy ze spokojem, cierpliwością, nigdzie się nie spieszyli, pracując nad numerami blisko rok. Liderzy Cathedral doszli do słusznego wniosku, że warto wrócić do tego, od czego zaczynali, na czym zbudowali swoją reputację, bez eksperymentów i poszukiwań. Do doom metalu. Na „The Last Spire” obudowanego świetnym brzmieniem, oldschoolowymi Hammondami, urozmaiconego różnymi samplami, żeńskimi wokalami, smyczkami, gitarami akustycznymi, które w paru momentach kojarzą się trochę z epickim okresem Bathory.

Częściej oczywiście znajdziemy nawiązania do Black Sabbath, Pentagram, Saint Vitus i tym podobnych. Potężny walec riffów atakuje nas bezlitośnie, przetykany krótkotrwałymi uspokojeniami. Świetnie Cathedral żongluje napięciem, siłą ekspresji. Atmosfera jest gęsta, chwilami wręcz przerażająca (początek „An Observation”; w tym kawałku mamy też wspaniały spacerockowy fragment w drugiej połowie). Blisko godzina z ośmioma utworami w najlepszej doomowej tradycji, mija nie wiadomo kiedy. Smakując „The Last Spire” nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że ten materiał powinien się ukazać wiele lat temu, po genialnym „The Ethereal Mirror”.

W muzycznym show-biznesie używa się różnych powiedzeń, w tym tego, że jesteś tak dobry, jak twoja ostatnia płyta. „The Last Spire” to ostatni rozdział w historii Cathedral. Rozdział kapitalny.