Common – „Nobody’s Smiling”

7 sierpnia 2014
ok. 1 minuta czytania

Znam wiele osób, które uważają, że Common znajduje się w fatalnym dla artysty położeniu. Największe artystyczne sukcesy odnosił mniej więcej piętnaście lat temu, Billboard podbijał w okresie 2005-2007. Żadnych znaków na to, że uda mu się jeszcze wrócić do tamtych osiągnięć dostrzec nie sposób. Dla artysty to okoliczności szalenie niewdzięczne. Raper z Chicago postanowił wybrnąć z tej sytuacji całkiem ciekawie. Zamiast świętującego, radosnego fetowania jubileuszowego longplaya, mamy mnóstwo wątków autobiograficznych i refleksji związanej z ciemną stroną rodzinnego miasta muzyka. Chicago pogrąża się w przestępczości, na ulicach coraz łatwiej paść ofiarą przemocy, a o kupno narkotyków jest znacznie łatwiej niż znalezienie pracy, która pozwoli godnie się utrzymać. A że rapować Common potrafi, w tematyce społecznej, bystrych spostrzeżeniach, zawsze był w tej samej lidze, co Talib Kweli, Q-Tip albo panowie z De La Soul, to jest ciekawie i z każdym odsłuchem coraz lepiej. Tylko trzeba się przyzwyczaić do Commona o nieco gangsterskim zacięciu, rapującego na bardziej oszczędnych i nowocześniejszych niż zazwyczaj bitach. Koniec końców nachodzi słuchacza bowiem refleksja, że może i miał on w swojej karierze lepsze albumy, ale tak brzmiącego i zaskakującego, jeszcze chyba nie.