Cradle Of Filth – „Darkly, Darkly, Venus Aversa”

5 listopada 2010
ok. 2 minut czytania

Podróż w znane, wysokiej próby kicz pod pełną kontrolą – tak można pisać o każdym krążku zespołu od czasów obsypanego laurami „Midian”. Cradle Of Filth stali się, zachowując proporcje, AC/DC czy Iron Maiden ekstremalnego metalu. Zanim ich płyta się ukaże wiadomo, że będzie brutalnie, mrocznie, pompatycznie. Że Dani będzie skrzeczał na różne sposoby nasyconą seksualnymi perwersjami i zbrodniami historię. Że nie zabraknie orkiestrowego patosu, słodkiego niewieściego głosu dla kontrastu, a gitary i klawisze chwilami pogłaszczą uszy przyjemną dla ucha melodią, anielsko wręcz piękną. Innymi słowy, otoczka wizualna i zawartość dźwiękowa płyt Cradle Of Filth nie zaskoczy. Kto dotychczas lubił Wampiry z Suffolk po „Darkly, Darkly, Venus Aversa” ciepłym jak świeżo utoczona krew uczuciem obdarzać ich nie przestanie. Nie ma ku temu powodów.

Album podąża ekstremalnie agresywnym i szybkim metalowym śladem, który pozostawił poprzednik – „Godspeed On The Devil’s Thunder”. Większość z trwających ponad godzinę 11 numerów mknie z piekielną prędkością. Za bohaterkę tym razem Dani wziął lubieżną Lilith, pierwszą niewiastę biblijnego Adama. Do tego wlał trochę średniowiecza, okultyzmu, mitologii, mistyki templariuszy, wymyślny seks, dużo krwi i otrzymaliśmy horror, jakiego po Cradle Of Filth wypada się spodziewać. Tandetny, lecz jest to tandeta lotów dość wysokich, jakkolwiek by to paradoksem nie trąciło. Przemyślany, dopracowany, z ładnymi, czasem filmowymi wręcz orkiestracjami, narracjami, urokliwym żeńskim śpiewem (świetna Lucy Atkins) i zaskakującymi pogodnością kawałkami („Deceiving Eyes”, „Lilith Immaculate”). Aby nie przestraszyć za bardzo potencjalnego odbiorcy na zwiastun wybrano miałki, słodkawy „Forgive Me Father (I Have Sinned)”, jeden ze słabszych punktów tego naprawdę solidnego materiału. Który bywa piękny, choć nie tak, jak tytułowa Wenus.