D4D – „Who’s Afraid Of?”

9 listopada 2010
ok. 2 minut czytania

Po gitarowych, zatopionym w rockowej alternatywnie, umorusanych w brytyjskich klimatach nagraniach, tym razem grupa proponuje elektroniczną jazdę bez trzymanki czasem mocno zainspirowaną czarnymi brzmieniami zza Atlantyku (zarówno hip-hopem, jak i soulem). – To dzieło multigatunkowe, multiinstrumentalne, nowoczesne, zadziorne, taneczne i zaskakujące – zapewniają twórcy i trudno się z nimi nie zgodzić. „Who’s Afraid Of?” to album porywający, energiczny i przebojowy acz niekoniecznie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Tu nie ma gładkich przejść, plastycznego łącznia stylów, zgrabnych melodii. Dźwięki raczej brutalnie się zderzają, kąsają i zastawiają na siebie pułapki, a kompozycje są wielowątkowe i wieloplanowe.

Można rzec, że nowa propozycja D4D to Prince łykający LSD z Kanye Westem przy dźwiękach TV on the Radio próbujących grać disco. To jednak nie wszystko, co proponuje trójmiejska formacja. Mamy kwaśną elektronikę i kwaśny jazz, sample ze starych polskich winyli, wycieczki w noise’owe rejony i dużo ciekawych, kobiecych głosów, by wymienić chociażby pokrzykującą Gabe Kulkę czy wzdychającą Marsiję. Całość uzupełnia aranżacyjna ekwilibrystyka z udziałem saksofonu i smyków wyczyniających akrobacje na kolorowych, syntezatorowych trapezach (obłędne „Love Is Dangerous”). A wszystko jak zwykle na granicy tego, co poważne i zupełnie nie serio, ale nigdy poza nią.

Dickom należą się brawa za polot i brawurę. Za śmiałe łącznie gatunków i szerokie muzyczne horyzonty. Przede wszystkim jednak za to, że nadal potrafią się wyśmienicie bawić.