Destiny\’s Child – \”Destiny\’s Fulfilled\”

25 listopada 2004
ok. 2 minut czytania

Proszę sobie wybrać najgorsze kompozycje Mariah Carey, najmniej interesujące popisy Alicii Keys i najbardziej przeciętne nagrania Whitney Houston – wszystko obowiązkowo z zakresu \”pościelowych smętów\”. I dla okrasy dodać wszechobecne \”miauczące\” chórki. Wystarczy? Jeśli tak, to w ten prosty sposób można było się przekonać, jak brzmi nowe dzieło Destiny’s Child. Ani zmyślnych, ciekawych aranżacji, ani szczególnie ładnych melodii, nie mówiąc o przebojowości, gdyż tej z trudem wystarczyło na \”kawałek\” otwierający album. Za to nudą zionie z każdej wydobywającej się z głośników nutki. Jedna, dwie, trzy snujące się, \”wzdychane\” ballady w zupełności by wystarczyły, ale żeby wypełnić nimi praktycznie cały krążek, to już duża przesada.

Nawet po wielokrotnym przesłuchaniu trudno wyłowić z tej ckliwej materii cokolwiek na tyle wyróżniającego się, aby mogło posłużyć za singla. Delikatnie uwagę mogą przykuć utwory \”Soldier\” i \”T-Shirt\” (ale tylko z uwagi na udział gości) oraz \”Through With Love\” z mglistym, jednak zarysowanym refrenem i nieco odważniejszymi wokalami Beyoncé. Niewątpliwie najlepsza jest piosenka \”Lose My Breath\”, która na tle pozostałych stanowi szczyt wyuzdania i mega hit z mocnym rozbudzającym biodra rytmem. Choć od \”Bootylicious\” dzielą ją lata świetlne…

Destiny’s Child to rzekomo najbardziej gorące \”czarne\” dziewczęta na muzycznym rynku. Niestety, w przypadku ich płyty \”Destiny’s Fulfilled\” do wywołania choćby odrobinę przyspieszonego bicia serca potrzebna jest gorąca czarna kawa.