Editors – \”An End Has A Start\”

25 czerwca 2007
ok. 1 minuta czytania

Przede wszystkim jest łagodniej, bardziej miękko i już raczej w stronę Coldplay niż Joy Division. Chodzi jednak o brzmienie, nie melodie, te bowiem najbardziej zawodzą. Zdarzają się bardziej energetyczne fragmenty, z niemal punkowym zacięciem (\”An End Has A Start\”, \”The Rcing Rats\”) ale bez chwytliwych refrenów. I w zasadzie bez wyrazu. Na próżno szukać swoistej lekkości i zadziorności takich perełek z debiutu, jak \”Munich\”, \”Blood\” czy \”All Sparks\”. Mroczny i niepokojący klimat \”The Weight Of The Word\” owszem urzeka, siła \”Escape The Nest\” jest imponująca, lecz gęste, dramatyczne tło obydwu kompozycji natarczywie przywołuje skojarzenia z Sigur Rós. Z kolei łkająca stylistyka \”Well Worn Hand\” dość niebezpiecznie zbliża się do egzaltacji à la The Smiths.

No, ale dosyć już tego narzekania. Ta płyta niewątpliwie ma wady i nie ma szans zagrozić pozycji debiutu. Nie zmienia to jednak faktu, że byłoby wspaniale, gdyby więcej zespołów nagrywało tak \”słabe\” albumy. Pomimo niedoskonałości Editors nadal słucha się z dużą przyjemnością. Chwilami nawet pojawia się delikatne mrowienie na karku. Słychać też, że to dzieło z potężnym potencjałem koncertowym.

Tom Smith ma cudowny głos a metaliczne gitary Chrisa Urbanowicza wciąż potrafią wywołać dreszcze, po prostu umknęła gdzieś magia i radiowe (w tym przypadku to komplement) melodie. I w zasadzie tylko tyle. A może aż tyle.