Eels – „End Times”

18 stycznia 2010
ok. 2 minut czytania

Mózg Eels nigdy nie epatował optymizmem. I trudno się dziwić, jeśli prześledzi się jego biografię. Życie Marka było naznaczone przez tragedie, które niejednego wpędziłyby w skrajną depresję. Everett na szczęście ma muzyczny talent. Rozpacz i refleksje nad kruchością egzystencji przelewa na nuty. W piękny sposób uczynił to na płycie „End Times”, na której mierzy się z problemami starzenia się, śmierci, rozpadu związków.

Mark postawił na formę ascetyczną i klimatem silnie osadzoną w muzyce lat 60. Alternatywny, żywszy, nieco ubluesowiony rock z przesterowanym wokalem i mocniejszą gitarą pojawia się ledwie kilka razy, choćby w „Paradise Blues” (o samobójczych zamachach) i „Unhinged”, z klawiszami przywołującymi ducha muzyki sprzed ponad 40 lat. Na pierwszy plan wysuwają się krótkie, liryczne, pachnące bluesem i country ballady, oparte na akustycznej gitarze, fortepianie, wzbogacone czasami harmonijką ustną, smyczkami, instrumentami dętymi. Mark śpiewa je delikatnym, prawie łamiącym się głosem, który w paru miejscach przypomina Becka i Kurta Cobaina. Silnie wzruszają „In My Younger Days”, „I Need A Mother”, „The Beginning” czy kołyszący, najdłuższy na płycie „On My Feet”. Klimat jest momentami nieco rozmarzony, pełen tęsknoty, lecz przeważają smutek i przygnębienie, co nie dziwi, zważywszy na tematy, z którymi lider Eels się mierzy. Pozornie weselsze są „Gone Man”, „Little Bird”, „Mansions Of Los Feliz”, ale radość pryśnie, jeśli wsłuchamy się w teksty. Podobnie działa choćby legendarna „Nebraska” Springsteena.

To nie jest płyta, po której poczujemy energię do życia, będziemy tryskać optymizmem. Ale jeśli potrzebujemy chwili refleksji, wyciszenia, to tych 14 pełnych emocji piosenek może być odpowiednim do tego podkładem. Piękna i poruszająca płyta.