Eminem – „Relapse”

23 listopada 2009
ok. 2 minut czytania

Śmierć jednego z najważniejszych przyjaciół, problemy ze zdrowiem, kłopoty rodzinne i przede wszystkim uzależnienie od leków, alkoholu i narkotyków – Eminem spadł na przysłowiowe dno. Wielu dziennikarzy, fanów, a nawet artystów powątpiewało, czy raper w ogóle powróci do muzyki. Tak naprawdę wcale nie musiał tego robić, zarobił dotąd tyle pieniędzy, że nawet jego prawnuki rozpoczną życie z pozycji Paris Hilton. Na szczęście Marshall Mathers jakoś się pozbierał i po miesiącach wytężonej pracy studyjnej zaprezentował nam pierwszą od blisko pięciu lat solówkę.

Największym atutem materiału jest bez wątpienia warstwa tekstowa. Kawałki można podzielić na bardzo mocne, totalnie szczere opowieści autobiograficzne (to ta zdecydowanie lepsza część) i typowe dla Ema, prześmiewcze numery traktujące o celebrytach. Raper potraktował studio nagraniowe jak konfesjonał, zdradzając nam wszystkie swoje grzechy, przewinienia. Eminem nie owija w bawełnę i z dystansem wobec samego siebie przyznaje, że często zamiast głową myśli czymś zupełnie innym. Wydaje się, że wiele trudnych doświadczeń nauczyło go pokory i otworzyło oczy na kilka ważnych kwestii. Będąc kilka razy o krok od pożegnania się ze światem, Marshall zrozumiał, co tak naprawdę w życiu jest ważne. Później zaś spisał to wszystko, poukładał w całość i tak oto powstała warstwa tekstowa „Relapse”.

Gorzej prezentuje się warstwa muzyczna. Dr. Dre, który objął producencką opiekę nad lwią częścią wydawnictwa, postawił na same sprawdzone motywy. Usłyszymy więc pianinka, mocne, płaskie bębny, sporo przestrzeni w podkładach. Wszystko bardzo solidne i profesjonalne, tak jak przystało na wysokobudżetową produkcję, zupełnie za to bez szaleństwa. Momentami można wręcz odnieść wrażenie, że Dre nie przygotowywał tych kompozycji od początku do końca, a jedynie układał jak klocki Lego dawno już ograne i wykorzystane fragmenty. Słowem – bez rewelacji.

Dość przeciętna robota Dre ma jednak swoje zalety. Nic tak naprawdę nie przeszkadza nam w tym, aby w pełni rozkoszować się tekstami i rapem Eminema. „Relapse” to ewidentnie jego show i nikomu nie pozwolił na odwrócenie uwagi od głównego aktora. Dla niego więc piątka z plusem, a dla Dr. Dre trója.