Enya – „Dark Sky Island”

20 grudnia 2015
ok. 2 minut czytania

Delikatnie i z wyczuciem tkane połączenie tradycyjnej muzyki irlandzkiej z sakralno-katedralną wręcz podniosłością oraz podskórnym spokojem, radością, pogodzeniem się z życiem, otaczającą nas naturą, wypływają z utworów Enyi od kiedy Irlandka zaczęła nagrywać na własny rachunek blisko 30 lat temu. Od tamtej pory na artystkę spłynęły chyba wszelkie zaszczyty, jakie mogą spłynąć na muzyka, z Grammy i Oscarem włącznie oraz liczbą sprzedanych płyt, która pozwoli żyć jej dostatnio po kres dni.

Enya nic w muzyce nie zmienia, bo i po co zmieniać coś, co doskonale się sprawdza, a przede wszystkim jest integralną częścią muzycznej tożsamości Irlandki. Oznacza to, po prostu, że jeśli ktoś kiedyś pokochał jej muzykę, „Dark Sky Island” sprawi takiej osobie mnóstwo radości. Mamy na albumie Enyę zadumaną i kontemplacyjną, jakby podczas kościelnego nabożeństwa (np. „Astra Et Luna”), ale też i bardziej energiczną i optymistyczną („Echoes In The Rain”). Inspiracją dla płyty były podróże i są na „Dark Sky Island” piosenki idealnie dające się odnieść w wyobraźni do śmiałków przemierzających wytrwale lądy i morza dla przygód i/lub odkryć (np. „The Loxian Gate”). Muzyka to oczywiście dzieło Enyi, z charakterystycznie punktującymi i kolorującymi tło klawiszami, sunącymi powoli smyczkami, dzwonkami, zwielokrotnionymi wokalami. A przez całość prowadzi nas lekki, uduchowiony głos Enyi.

Nie znajduję kompozycji na miarę „Orinoco Flow” albo „Caribbean Blue”, lecz jest sporo piosenek, z którymi obcuje się przyjemnie, aczkolwiek bez głębokiego pogrążenia się w nich. To świetna muzyka jako podkład do zadumy, wyciszenia się albo do jakiejś podniosłej uroczystości. Czyli taka, do jakiej Enya dawno nas przyzwyczaiła. Jej wielbiciele będą zachwyceni, bo nic nie straciła na jakości. Nie będąc zagorzałym fanem Irlandki, choć ceniącym dokonania i charakterystyczny styl, słuchałem z przyjemnością, choć bez zachwytu.