Everything Everything – „Get To Heaven”

26 czerwca 2015
ok. 1 minuta czytania

Choć single „Regret” i „Distant Past” na dobre zadomowiły się na radiowych playlistach, nie radzę traktować ich jak papierków lakmusowych dla całego wydawnictwa. Mają więcej wspólnego z poprzednim albumem „Arc” z 2013 roku niż nowymi kompozycjami. Everything Everything konsekwentnie stawiają na eklektyzm, eksperymentują z brzmieniem, więc po pierwszym odsłuchu możemy poczuć się zdezorientowani.

Dziwną atmosferę budują przede wszystkim teksty, bo dotykają tematów ciężkiego kalibru. Motyw przewodni to antyutopia, choć nie tak spektakularna jak u Muse. Jonathan Higgs lawiruje między wersami o syndromie Piotrusia Pana („Spring, Sun, Winter, Dread”) a darwinizmem („Distant Past”). Problemy polityczne i cywilizacyjne z „The Wheel” i „Reptile” ubiera w absurdalne metafory i aranżacje rodem z rockowych oper.

Krążek „Get To Heaven” skrywa w sobie jakąś narkotyczną, pulsującą energię. Pierwsza połowa płyty jest pełna funkujących motywów, nawiązujących do etno, hip-hopu i R&B. Druga część wydawnictwa jest bardziej progresywna, upływa pod znakiem dubstepu, art-popu i neopsychodelii. Jedyną klamrą pozostaje falsetowy wokal Higgsa.

Longplay „Get To Heaven” przypomina trochę filmy Tima Burtona. Wydaje się niedorzeczny, a mimo to nie możemy się od niego oderwać. To nie jest przyjemna, bujająca psychodelia w stylu Tame Impala. Everything Everything stworzyli dzieło niekonwencjonalne w formie, może trochę przekombinowane, jednak intrygujące i na pewno najlepsze w ich karierze.