Flume – „Flume”

26 marca 2013
ok. 2 minut czytania

Najprościej byłoby napisać, że urodzony w grudniu 1991 roku w Sydney Harley Streten to kolejny młodzian, który na fali fascynacji bitami J Dilli, dubstepem oraz flirtującym z R&B house’em, postanowił sam spróbować sił i z pomocą internetu błyskawicznie osiągnął niemałą popularność. Wydaje się to jednak zbyt dużym uproszczeniem. Kluczem do jego sukcesu, a w zasadzie do klasy firmowanych przez niego utworów, jest ich plastyczność oraz różnorodność. Bo Flume niby obraca się w rejonach świeżej elektroniki, ale ma naturalny dar do uciekania w przeróżne rejony. Otwiera album połamane, dynamiczne „Sintra”, „Holdin On” trochę zwalnia tempo, ale to również imprezowy szlagier najczystszej wody. „Left Alone” z Chetem Fakerem zachwyca z racji na wokal, podobnie jak „Sleepless” z Jezzabell Doran, w którym mamy bardziej soulowe wibracje. Kolejny kawałek i znów coś innego – „On Top” z rapującym T.Shirtem brzmi jak hip-hopowa podróż w kosmos, a zaraz potem mamy lekkie, przyjemne, gładko wlewające się do uszu, słodkawe „Stay Close”. „Insane” z Moon Holiday to electro-pop królujący na parkietach w latach 80. Na drugiej połowie longplaya jest równie dużo dźwiękowych pejzaży, ale znacznie bardziej dynamicznych. O ile do pewnego momentu Flume pokazuje swój kunszt zmuszając nas do bujania głową, to później głośno zaprasza nas na parkiet, z którego już nie schodzimy. Jest w tym lekkość, polot i świeżość, które nakazują się domyślać, że Flume najczęściej produkuje muzykę po miłym dniu spędzonym na plaży. Tylko pozazdrościć.