Game – „The R.E.D. Album”

20 lutego 2012
ok. 2 minut czytania

Trzy lata przerwy to jak na hiphopowy mainstream dużo. Na samym początku Game chciał nagrać album trochę lżejszy, bardziej imprezowy, naznaczony komercyjnym brzmieniem The Neptunes. Ostatecznie niewiele zostało z tych zamierzeń. Dostaliśmy niby zróżnicowany, ale tak naprawdę mocno rozstrzelony klimatycznie, zestaw mocnych piosenek, w których co rusz przewijają się kolejni goście, a Game usiłuje nas przekonać, że wciąż ma ogromne aspiracje, że jest dumny z życiowej drogi od biednego rzezimieszka do gwiazdy popkultury. Raper chwali się autami, którymi jeździ, alkoholem, który pije i ilością kobiet, które przewinęły się przez jego łóżko. Niby nic nowego, ale trzeba oddać prawdę – zarymowane stylowo. Mniej niż na poprzednich longplayach jest żonglowania nazwiskami i porównań, co cieszy, bo w pewnym momencie to już nie było atutem Game’a, lecz kopiowaniem samego siebie. Nadmiar producentów, z Dr. Dre, The Neptunes, Cool & Dre oraz Marsem na czele, nie wyszedł czerwonemu albumowi na dobre. Wszyscy są nowocześni, przebojowi, ale nie mają sznytu, czegoś wyróżniającego ich kompozycje. To szczególnie słychać, gdy porównamy ich bity do rodzynka od DJ-a Premiera („Born in the Trap”). Świetny, nowojorski podkład ma fantastyczne brzmienie i pozwala Game’owi w pełni rozwinąć skrzydła, pokazać pazur. Nie jestem też przekonany do gości. Niby wszyscy zaprezentowali się dobrze, ale za często przygotowali zwrotki nie w pełni dopasowane do tematyki numerów. Bardziej przypomina to taśmową produkcję, aniżeli daje efekt zaplanowanej, dopracowanej kooperacji. Nie wiem też, czy potrzebne jest aż tyle R&B. Game to szorstki, charakterny raper i gdy do jego mocnych linijek dodajemy śpiewany, miękki refren, robi się mały zgrzyt. Paradoksalnie, pomimo licznych zarzutów, należy wystawić za „The R.E.D. Album” przyzwoitą ocenę, bo produkt to wysokich lotów. Może bardziej zresztą niż z longplayem, mamy do czynienia ze składanką, ale to w tych czasach żadna nowość. Gdyby z 21 ścieżek wyrzucić 4-5, głównie te obsadzone gośćmi, moglibyśmy mówić o jednym z najlepszych rap albumów 2011 roku.