G.O.O.D. Music – „Cruel Summer”

22 września 2012
ok. 2 minut czytania

Po tym wstępie pewnie spodziewacie się, że „Cruel Summer” to arcydzieło, płyta wybitna, album z którego można zrobić ołtarzyk i oddawać pokłony (w sumie okładka pasuje do tej roli). Nie. Nic z tych rzeczy. Składanka G.O.O.D. Music to po prostu zestaw świetnych, dobrych i średnich numerów. Nie należy oczekiwać, że skoro na jednym krążku mamy Westa, Jaya-Z, Commona, członków Wu-tTang Clanu, Kida Cudiego, Johna Legenda i kilkoro innych, muzyka będzie jakąś sumą ich talentów. To bowiem tak nie działa i nie ma prawa działać w ten sposób. I kiedy przestaniemy liczyć na grom z jasnego nieba, okaże się, że czeka nas naprawdę znakomity zestaw zdominowany fantastycznymi, soczystymi, różnorodnymi numerami – od mrocznego, lekko zamulonego „Mercy” po niemal popowe „The One”. A jak to u Kanye – zawsze jest na bogato, chóry, gitary, smyki, Auto-tune – czego dusza zapragnie.

Pierwsze cztery kawałki to absolutna moc. Żadnego chybionego ruchu. Kapitalne pomysły, emocje, klimat i genialna produkcja (szczególnie „Clique” i „New God Flow”). Dalej bywa różnie, ale poniżej pewnego poziomu zestaw nigdy nie schodzi. Wręcz przeciwnie, pojawiają się wyjątkowo udane momenty jak bardzo ładne, nostalgiczne „Sin City”, wznoszące się na wyżyny muzycznej erudycji „Creepers” z Kidem Cudim (jak on cudownie potrafi śpiewać) i piękne, zmysłowe, w zasadzie doskonałe „Bliss” Johna Legenda i Teyany Taylor (John powinien częściej śpiewać z paniami).
No to czemu Kanye jest taki zdolny? Bo na to wpadł, zebrał, większość czynnie współtworzył. W efekcie dostaliśmy album bardziej spójny i przemyślany niż niejeden longplay w wykonaniu samodzielnego artysty. To dzieło ciekawe, wypełnione interesującymi pomysłami, pokazujące, że hip-hop to nie tylko bity i rymowanie, ale i wyobraźnia. Czy „Cruel Summer” rzuca na kolana? Nie. Ale co najmniej kilka numerów z płyty ma moc wywoływania zachwytu i wzbudzania podziwu.