Gorillaz – „Plastic Beach”

21 września 2010
ok. 2 minut czytania

Nim ukazało się poprzednie dzieło zespołu, „Demon Days”, wiadomo było, że czeka nas rzecz z kategorii genialnych i wiekopomnych. Promujące zestaw „Feeling Good inc.” i „DARE” zwiastowały błyskotliwą mieszankę przebojowości i muzycznej brawury. Na najnowszym krążku nie uświadczymy tego pierwszego. Z pobocznego projektu, Gorillaz przekształciło się w główne ujście dla twórczych ambicji Damona Albarna. Słuszniej byłoby, gdyby sygnował album własnym nazwiskiem nie animowanym alter ego, ale nie o nazwę przecież chodzi.

Muzyk tradycyjnie już zuchwale miesza rozmaite dźwięki, style, bezwstydnie przekraczając granice gatunków. Czerpie, skleja, żongluje. I robi to wybornie. Dosłuchiwanie się poszczególnych elementów, które składają się na nagrania jest fascynujące. Nie sposób więc nie docenić produkcji „Plastic Beach”, gdzie kosmiczna elektronika spaja się w jedno z tłustymi hiphopowymi bitami, obok których zwiewnie przemykają smyczkowe pasaże. Ciężkie rapowe numery czy świdrujące elektroniczne wygibasy to pod względem brzmieniowym majstersztyki.

Brakuje jednak melodii. Brakuje tej iskry, która z miejsca chwyta za serce. Owszem, pojawiają się kapitalne momenty, jak chociażby hipnotyzująco-wciągające „Rhinestone Eyes” czy na wskroś albarnowe „Broken”. Jest też fantastyczne, najbardziej chwytliwe w zestawie singlowe „Stylo” oraz przepięknie rozwijające się „Empire Ants” z podkładem rodem z Röyksopp, okraszone kobiecym wokalem Yukimi Nagano z Little Dragon. Ewidentnie jednak nie o piosenki tu chodzi. Albarn zabiera słuchacza na swoją kolorową muzyczną wyspę, prowadząc w dźwiękowy gąszcz. To już nie ekscytująca przygoda, lecz wyprawa w nieznane.