Green Day – „!Uno!”

24 września 2012
ok. 1 minuta czytania

Od kilku wydawnictw mamy do czynienia z czymś co informatycy nazwaliby Green Day wersja 2.0. To mocno przebojowe, adresowane do młodzieży, proste, bezpośrednie granie. Dawni fani się krzywią, ale do dzieciaków to trafia. Nie inaczej będzie z „!Uno!”. Króluje chwytliwość i energia. Nic wyszukanego, wyrafinowanego, ale przecież nie o to chodzi. Większość piosenek nadaje się na imprezy późno highschoolowe/wczesno collage’owe i na koncerty. I tylko trochę boli, kiedy 40-letni Billie Joe Armstrong śpiewa „You will always be my sweet 16”.

Utwory są zgrabne, odpowiednio wyważone do radia, ładnie, gładko wyprodukowane. Czasem zdarzy się jakiś bardziej zadziorny, surowy numer w stylu „Let Yourself Go” czy „Troublemaker” za sprawą rwanego rytmu przypominający dokonania The Hives. Jest też miejsce na lekko brytyjskie klimaty a la Franz Ferdinand („Kill the DJ”) czy nieco lżejsze, spokojniejsze granie („Sweet 16”). Mimo tych niuansów to wciąż i przede wszystkim Green Day. Ani wybitnie zachwycający, ani szczególnie zaskakujący, bliższy popu niż punk rocka. I w tej kategorii bezkonkurencyjny.

„!Uno!” celuje przede wszystkim w przebojowość. W refreny, które łatwo będzie wykrzyczeć na koncertach, rytmy, przy których będzie można poskakać. Nic więcej.