Isis – „Wavering Radiant”

3 maja 2009
ok. 2 minut czytania

Isis od lat stawia na rozbudowane kompozycje, z wtrętami ambientowo-psychodelicznej elektroniki. Wokalista poza krzykiem i growlingiem proponuje czyste, łagodne partie, czasami zgrabnie balansujące na granicy delikatności i wściekłości. Gitarzyści oprócz mocnych, ciężkich uderzeń tworzą snujące się, na tle linii wokalu lub samej sekcji rytmicznej (zwykle mocno wyeksponowanej), subtelne zagrywki, czasem dodają sprzężenia, hałasy, dysonanse. Atmosfera kompozycji to hybryda strachu, niepewności, orbitowania w przestrzeni kosmicznej w odmiennym stanie świadomości. Okazjonalnie słychać relaksujące fragmenty.

Znający twórczość Isis znajdą na nowej płycie wszystko, co powyżej. Ale nie ma niczego więcej, niczego nowego, a kawałki w większości pozbawione są haczyka, magnesu, który posiadają utwory z „Panopticon” czy „In The Absence Of Truth”. Słyszymy patenty znane z poprzednich wydawnictw, tytułową miniaturę, czasami rytmiczne łamańce kłaniające się Tool. Adam Jones z tej formacji jest gościem w dwóch kawałkach, lecz nie dał tym utworom niczego wyjątkowego. Za to jego udział można wykorzystać w promocji, bo Tool to wielka nazwa w skali światowej.

Płyta jest krótsza od „In The Absence…”, a miałem wrażenie, że trwa dłużej, co trudno zapisać na plus. Nie wciągnęła mnie maksymalnie i nie poniosła. Może trzeba kilkunastu, kilkudziesięciu przesłuchań? Brzmienie jest bardziej wygładzone w porównaniu z poprzednią płytą, na co zapewne wpływ miało zatrudnienie Joe Baresiego, znanego z produkcji Tool, Queens of the Stone Age, Kyuss, czy nie tak dawno z Satyricon i Enslaved. Nie uważam „Wavering Radiant” za zły czy słaby album, bo Isis poniżej pewnego poziomu już nie schodzi. Kilka kompozycji jest świetnych – „Ghost Key” ze znakomitymi momentami uspokojenia, gdy bas i perkusja na chwilę milkną, najdłuższa „Hand Of The Host”, skupiająca w sobie chyba wszystkie cechy muzyki Isis, zaczynający się od basu i bębnów, utrzymany posępnym klimacie „20 Minutes / 40 Years” (mój faworyt), mający zarówno spokojne momenty gitarowe, jak i mocne akcenty, w którym Turner pokazuje chyba wszystkie swoje możliwości wokalne. Niezłe wrażenie robi też zamykający „Threshold Of Transformation”, choć chwilami za bardzo pachnie Toolem, a w stonowanym fragmencie śpiew Aarona mocno kojarzy się ze Snakiem z Voivod. Jest dobrze, ale nie jest najlepiej, trawestując słowa pewnej popularnej ostatnio piosenki.