James – „La Petite Mort”

30 maja 2014
ok. 2 minut czytania

„La Petite Mort” to dzieło, które bardzo szybko potrafi zauroczyć. Album, na którym pięknie mienią się rozmaite dźwięki – elegancki fortepian, radosne tamburyno, nieśmiałe dęciaki. Zestaw, na którym brylują produkcyjne smaczki, gdzie głos Tima Bootha roztapia serce. Pojawia się przyjemna melancholia („Frozen Britain”), ale i pozytywna energia. Odrobina nienachalnego folku i nieco nowoczesnej elektroniki (trochę jednak za bardzo taneczne „Curse Curse”). Czekają nas skromne, kruche numery („Bitter Virtue”), ale i donośne piosenki ze stadionowo-festiwalowym potencjałem („Moving On”). Ukłony bardziej w stronę rocka i bardziej w stronę popu. Utwory są niebanalne, utkane z wielu warstw, czasem mocno rozbudowane, zaskakujące („Interrogation”).

Tych pięknych/ciekawych elementów jest co nie miara. Co więcej, mamy też dobre melodie („Walk Like You”, „Moving On”, walczykowe „Quicken the Dead”), wypolerowaną (co w tym przypadku jest atutem) produkcję i artystyczną spójność. Krótko mówiąc, słucha się tego z nieukrywaną przyjemnością. Póki się słucha.

Jest bowiem coś w muzyce James, co sprawia, że bardzo szybko wylatuje z głowy. Brakuje jej czegoś magnetycznego, co by sprawiało, że chce się do tej płyty wracać, czegoś, co by nie pozwoliło odkładać jej na półkę. Trochę jak drużyna, która ma zdolnego trenera, dobrych zawodników, potrafi pięknie grać i na papierze ma wszelkie atuty, a jednak nie potrafi zdobyć mistrzostwa.

Kiedy iPod czy radio zaproponują mi którąś z nowych piosenek z „La Petite Mort”, na pewno się ucieszę i posłucham z uśmiechem na twarzy. Nie sądzę jednak, bym sama po nie sięgała.