Jasta – „Jasta”

28 sierpnia 2011
ok. 2 minut czytania

Przez dwie minuty i osiemnaście sekund zastanawiamy się, po co Jameyowi nowy zespół. Tyle właśnie trwa otwierający krążek numer „Walk That Path Alone”. Typowy, kopiący w prosto w ryj hard core. Im jednak dalej, tym większe nasze zdziwienie. Bo Jasta postanowił zademonstrować, że emocje umie przekonująco wyrażać również przez śpiew, nie tylko przez krzyk. Słyszymy to już w drugim „Mourn The Illusion” i w paru innych momentach. Najbardziej przekonująco w „Nothing They Say” i „Something You Should Know”.

Jamey razem z braćmi Bellmore z Kingdom Of Sorrow skumulował na płycie swoje znaki szczególne z wszystkich projektów, z jakich go znamy. Są więc krótkie, dynamiczne hard core’y, trochę ciężaru właśnie z Kingdom Of Sorrow się kojarzącego. Lecz album bogaty jest również w klasycznie metalowe patenty i sporo niezłych melodii, z którymi Jamey wcześniej raczej nie był kojarzony. Spokojnie, nie ma smoków, wróżek, czarownic, baśni. Jasta to urodzony reporter współczesności i takim w przekazie pozostaje na krążku zespołu firmowanego własnym nazwiskiem. „Anthem Of The Freedom Fighter” odnosi się do rebelii w Libii i Egipcie, czyli spraw dość świeżych. Brzmienie płyty jest raczej ciepłe, głębokie, niż surowe, hardcorowo-garażowe.

Jako, że Jamey ma w świecie mocnej muzy renomę odwrotnie proporcjonalną do swego nikczemnego wzrostu, zaproszenie do wsparcia w nagraniach przyjęło kilku tuzów ostrego grania, choćby Zakk Wylde, Mark Morton i Randy Blythe (Lamb Of God), Tim Lambesis i Phil Labonte (As I Lay Dying). Oraz… mistrz deskorolki Mike Vallely. Jamey mówi o zespole Jasta, że jest on niczym mieszane sztuki walki. Trafne porównanie. Czuć wojowniczą atmosferę, siłę uderzenia. Jasta to hybryda paru czempionów światowego formatu. „Może nie uderzam potężnie, lecz działam metodycznie i zadaję mocne ciosy” – mówi Jamey. Siła uderzenia tego tuzina ciosów powaliła mnie na łopatki i długo nie pozwoliła się podnieść.