Jeżozwierz – „Pan Kolczasty”

12 grudnia 2011
ok. 2 minut czytania

„Pan Kolczasty” to oficjalny debiut rapera, który po raz pierwszy zaprezentował się szerszemu gronu odbiorców gościnnym udziałem na albumie Tego Typa Mesa w 2005 roku. Potem wypuścił w podziemiu świetny nielegal pt. „J***ć tytuł” i w końcu prezentuje nam się z oficjalnym, dostępnym w sklepach w całej Polsce wydawnictwem. Jeśli ktoś myśli, że zmiana wydawniczego statusu wpłynie na podejście Jeżozwierza do muzyki, jest w błędzie. 30-letni raper to oaza niezależności. Nie ma zamiaru zapraszać gości tylko po to, żeby poszerzyć grono odbiorców. Jak sam przyznaje nie nagrywa rapu dla pieniędzy czy sławy tylko z czystej miłości do muzyki. Miłość to jednak chropowata niczym jego głos. W tekstach nie odnajdziemy za wielu pozytywnych aspektów. Jeżozwierz z chirurgiczną precyzją opisuje życie stolicy z perspektywy młodego człowieka, który nie marzy o Mercedesie i wakacjach na Bali, tylko o pracy za godne pieniądze, wystarczające na coś więcej niż opłacenie kawalerki i kilku spotkań z kolegami na wódkę. Dostaje się mocno raperom, którzy nie inwestują w swoje umiejętności, lecz stylowe ubrania i tanie słowa. Dostaje się przyjezdnym do Warszawy, którzy są gotowi za wszelką cenę pędzić po sukces, opluwając przy tym stołeczne miasto i jego rdzennych mieszkańców. Dostaje się też samemu Jeżowi za część życiowych wyborów, które raper podejmował niezbyt mądrze. Wydaje się, że artysta lubi grzebać się w tych wielkomiejskich brudach, lubi ludzi wypchniętych na margines. I na pewno lubi brzmienie znane z pierwszych płyt Wu-Tang Clanu czy kolektywu Boot Camp Clik. Producenci Święty Mikołaj oraz Tedi Ted właśnie takie mu przygotowali. Dynamiczne, zamglone, trochę jakby okryte późnojesienną mgłą. W efekcie płyta jest diabelsko klimatyczna, spójna i po 36 minutach (świadome nawiązanie do Wu-Tangu?) aż się prosi, żeby włączyć ją od nowa.