Joss Stone – „Colour Me Free”

23 maja 2010
ok. 1 minuta czytania

„Colour Me Free” to najgorsza płyta w dorobku artystki. Joss bardzo długo kłóciła się z wytwórnią, chcąc uzyskać całkowitą kontrolę nad swoimi nagraniami. Udało się jej, ale niestety nie wyszło to na korzyść wydawnictwa.

Co kuleje, czego brakuje? Świeżości, ognia, czegoś więcej ponad talent i warsztat. Że Joss ma ogromny potencjał, to wiemy od dawna. Tak samo jak to, że śpiewa pięknie i umie dobierać ociekające klasycznym soulem kompozycje. Tego nie brakuje na „Colour Me Free”, tyle, że słyszeliśmy to już dawno. „Big ol Game”, „Governmentalist”, „You Got The Love” poruszą każdą kończynę naszego ciała ukazując jak wielki potencjał drzemie w Brytyjce. Tylko co z tego, skoro reszta trąci myszką i momentami wręcz zalatuje nudą? Pal sześć, gdyby taki materiał dostarczyła nam jakaś debiutantka. Wtedy solidność odbieralibyśmy jako nadzieję na przyszłość. W przypadku Joss Stone należy stwierdzić zmęczenie materiału.

Pochodząca z Dover piękność musi się poważnie zastanowić, czy chce nagrywać muzykę dla siebie i wąskiego grona najwierniejszych fanów, czy też spróbuje czegoś nowego. Pewien etap po prostu się skończył. Talent, potencjał to jedno. Artystyczna odwaga to drugie. I właśnie tego drugiego w przypadku czwartej płyty Stone wyraźnie zabrakło. Jest solidnie. Tylko.