Kari Rueslåtten – „Time To Tell”

14 lutego 2014
ok. 2 minut czytania

Siła próśb fanów czasami okazuje się być niebagatelna. Z wypowiedzi Kari w materiałach prasowych wynika, że niespecjalnie miała ochotę wracać z odpoczynku od muzyki, który rozpoczęła w 2005 roku. Dlaczego? Tego nie powiedziała. I w sumie mniejsza o szczegóły. Cieszmy się, że wróciła, bo słuchanie jej głosu działa na człowieka kojąco i – jakkolwiek by to pompatycznie nie zabrzmiało – sprawia, że chce się żyć i być lepszym.

„Time To Tell” to najbardziej kameralne dokonanie Norweżki. Bardzo delikatne, intymne, refleksyjne, kruche. Zero eksperymentów aranżacyjnych, elektronicznych wstawek, różnych hałasów. Nie ma niespodzianek, wszystko przebiega linearnie, można by napisać. Piosenka się zaczyna i w określonej strukturze dociera po mniej więcej trzech minutach z hakiem do końca, nie zbaczając z wyznaczonego kursu. Dominują piękny, krystaliczny, chwilami dość mocno drżący głos Kari oraz fortepian. Są też gitara, bas i perkusja, ale starają się trzymać w bezpiecznej odległości, tylko od czasu do czasu stając w pierwszym szeregu (np. przepiękny cover „Why So Lonely” poprzedniego zespołu Norweżki, The 3rd And The Mortal, z Tuomasem Holopainenen w roli gościa). Pójście prostą drogą, upodobniło Rueslåtten dość mocno do starszej i bardziej znanej koleżanki po fachu, Tori Amos. W takich numerach jak „Paint The Rainbow Grey”, „Shoreline”, „Hold On”, jest to bardzo mocno widoczne. Aczkolwiek okazjonalnie wystawia głowę ten folkowy smaczek w twórczości Norweżki, wyróżniający ją od innych artystek. Dość rzadko jednak.

Gdy słucha się płyty Kari, w wyobraźni malują się obrazy kogoś samotnie stojącego na skalistym brzegu, podczas pochmurnej pogody, zapatrzonego w morską dal, rozpamiętującego życiowe decyzje. Lecz niekoniecznie do refleksji „Time To Tell” się nadaje. Przy tej muzyce skutecznie można się odprężyć, wyciszyć, uspokoić. To zawsze dobrze robi.